Przez kilka dni miałem okazję obserwować, jak zachowują się zwierzęta przy często uczęszczanym szlaku, a mianowicie przy czarnym prowadzącym na Przełęcz Świnicką z Hali Gąsienicowej. To moje ulubione miejsce, bo jak w soczewce skupia się tam wszystko, co można w Tatrach zobaczyć - dzika
przyroda i tłumy turystów. Co roku ten liczący nieco ponad 250 km kw. Park Narodowy odwiedza ponad dwa miliony gości. Pomimo tych tłumów w Tatrach wciąż żyją wilki, rysie, niedźwiedzie, a także zwierzęta, których nigdzie indziej nie mamy w kraju - kozice i świstaki. Niezwykle interesujące jest obserwowanie, jak radzą sobie z obecnością tylu ludzi.
Kocioł pod Przełęczą Świnicką nadaje się do tego idealnie. Żyje tam kolonia świstaków i całkiem często przebywa stadko kozic. Ludzie wędrują tu w obu kierunkach - i w górę, i w dół. Ci pierwsi przychodzą z Hali Gąsienicowej. Drudzy zwykle przyjeżdżają kolejką na Kasprowy. Przechodzą przez Beskid i przełęcz Liliowe; czasami wejdą na Świnicę i wtedy muszą się cofnąć na Przełęcz Świnicką, by zejść w dół na Halę.
Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, zresztą widziałem ją już wcześniej, to inna reakcja kozic i świstaków na ludzi, którzy idą do góry, i tych, którzy schodzą. Otóż ci podchodzący jakoś mniej im przeszkadzają. Gdy powoli się wspinają, kozice mogą stać nawet kilka metrów od szlaku. Podobnie świstaki. Czasami po prostu wyglądają z nory, kiedy indziej wychodzą z niej, wspinają na jakiś kamień i dają się zbliżyć do siebie nawet na kilka metrów. Ten, którego widzicie na zdjęciu, to właśnie taki świstak. Jego nora jest trzy metry od szlaku. Podchodzący pod górę ludzie obciążeni plecakami często nie zauważają, że przypatruje się im ciekawski gryzoń. Podobnie jest z kozicami. Gdy się pasą, widać je znakomicie, ale gdy odpoczywają w skałach powyżej szlaku, to mało kto je zauważa, choć są bardzo blisko.
Wszystko się zmienia, gdy z przełęczy ludzie zaczynają schodzić. Świstaki co sił w łapkach idą wyżej i dalej od szlaku, a kozice biegiem ulatniają się z okolicy.
Oczywiście może być tak, że zwierzęta po prostu ruszają gdzie indziej i ludzie nie mają nic do tego. Możliwe, że na dole robi się cieplej i dlatego idą wyżej. Być może świstaki mają jakieś swoje jesienne pastwiska w innym miejscu, a kozice muszą się gdzieś położyć, by odpocząć. Ja jednak odnoszę wrażenie, że wszystko zmieniają turyści schodzący w dół. Pieszy idący pod górę, często od samego Zakopanego, to zupełnie inny człowiek niż ten, który wjechał na Kasprowy kolejką. Jest po prostu mniej głośny. I nie chodzi wcale o to, że z kolejki korzystają jacyś nieodpowiedzialni turyści, a podchodzą sami miłośnicy ciszy. Tu robi swoje tak prosta rzecz, jak zmęczenie. Ktoś, kto ma za sobą ostre podejście do kotła, a w planie wdrapywanie się na przełęcz, będzie szedł powoli i nie znajdzie sił na głośne pogawędki. Z drugiej strony, choćby z góry schodziła wycieczka obrońców przyrody, to nie ma szans, żeby zachowywała się cicho. Zawsze coś się głośno powie, schodząc szybko, strąci jakiś kamień.
Kolejka na Kasprowy ma wpływ na przyrodę bo wywozi masę ludzi w góry. Co więcej, ci turyści przez to, że się nie napocili, wychodząc pod górę, zachowują się zupełnie inaczej niż ci, co to zrobili. Warto więc uważać przy schodzeniu z grzbietów. Im ciszej to robimy, tym lepiej. Tylko tak zobaczymy więcej dzikiej przyrody.
Ale na turystów nie mam zamiaru narzekać. Wręcz przeciwnie. Wszyscy zachowują się niezwykle odpowiedzialnie. Choć w ciepły wrześniowy weekend w Tatry przyjechały tłumy, nie widziałem nikogo, kto by zszedł ze szlaku. Gdy ludzie widzieli kozice albo świstaki, podchodzili do nich tylko szlakiem i z niezwykłą ostrożnością. Widać było, że spotkanie z tatrzańskimi zwierzakami jest dla nich wielkim przeżyciem. Znajomy profesor z Kanady przecierał oczy ze zdumienia i nie mógł się nadziwić, że przy takiej ilości ludzi udało się zachować dziką przyrodę. - Niesamowite, że wszyscy, którzy tu przyjeżdżają, rygorystycznie przestrzegają zasad ochrony przyrody. W Ameryce tak by nie było. Cóż za dobrze wyedukowany przyrodniczo naród - komplementował Polaków odwiedzających Tatry. A mnie robiło się ciepło na sercu.