http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wysłałam dwieście CV. I nic

Z listów do Metra
2009-01-30, ostatnia aktualizacja 2009-02-18 11:11

Firmy nie zatrudniają, bo czekają, co przyniesie kryzys. Ich niedoszłych pracowników kryzys dopadł już teraz. Oto wstrząsające wyznanie podwójnej magister po SGH, z dwuletnim doświadczeniem zawodowym, o tym, jak nie może znaleźć pracy w mieście o dwuprocentowym bezrobociu


Fot. Wojciech Surdziel / AG
>> Szukasz pracy? Zmień oczekiwania lub branżę

Lipiec ubiegłego roku
Świat był u moich stóp. Miałam 26 lat, prawie skończone dwa kierunki studiów w Szkole Głównej Handlowej, wynajęte mieszkanie na Mokotowie i pracę w dobrej warszawskiej agencji reklamowej. Dwa lata doświadczenia na samodzielnym stanowisku, dwa języki. Zarabiałam 3,5 tys. zł na rękę, ale po dwóch latach zaczęłam się nudzić - brakowało mi wyzwań, niczego już się nie uczyłam.

W dodatku ciągle nie miałam czasu na napisanie drugiej pracy dyplomowej (na pierwszym kierunku obroniłam się już wcześniej). I to był pretekst rozstania z firmą. Wiedziałam, że bez trudu znajdę coś ciekawszego - gazety były przecież pełne ogłoszeń. A tuż przed tym, jak złożyłam wypowiedzenie, dwie konkurencyjne agencje reklamowe próbowały mnie podkupić. Odmówiłam.

Sierpień
Byłam tak pewna siebie, że bezrobocie zaczęłam od urlopu. Tydzień w Amsterdamie kosztował mnie prawie dwa tysiące złotych. Gdy wróciłam, zapłaciłam za przedłużenie studiów - trzy tysiące. Oszczędności się kurczyły, ale spokojnie pisałam magisterkę.

Wrzesień
Poszłam na rozmowy w dwóch agencjach PR, ale ostatecznie się nie zdecydowałam - w jednej proponowali jedynie umowę o dzieło, w drugiej nie interesowały mnie obowiązki - nie chciałam zostać panią przesyłającą materiały prasowe do mediów.

Październik
Dopiero wtedy zaczęłam się rozglądać na poważnie za robotą. Dałam sobie miesiąc. Prowadziłam ostrą selekcję, brałam pod uwagę agencje eventowe, reklamowe i PR, ale tylko te najlepsze. Oczekiwałam 4 tys. zł na rękę. Wysyłałam po kilka zgłoszeń w tygodniu i czekałam. Nic się nie działo. Skąd mogłam wiedzieć, że kłopoty amerykańskich banków wykoszą mnie z rynku? Nie wierzyłam w cały ten kryzys, ale wtedy już się zaczęło.

Na moje CV nie dostałam ani jednej odpowiedzi.

Listopad
Zmniejszyłam wymagania - zaczęłam się zgłaszać do banków, rozmaitych firm, wszędzie, gdzie podpowiedzieli znajomi. Każdy dzień zaczynałam od kawy i sprawdzenia nowych ogłoszeń w internecie - przeglądałam siedem portali z ofertami. Ale ogłoszeń było coraz mniej - w mojej branży - jedno na dwa tygodnie. W każdy poniedziałek szłam po "Gazetę Praca". Im bardziej stawała się cienka, tym bardziej ja byłam zdołowana. Telefon milczał.

Zaczęłam oszczędzać. Najpierw zrezygnowałam z klubu fitness, nie kupuję ubrań i drogich kosmetyków. Zmieniłam menu. Winogron czy francuskich serów najem się, jak znajdę pracę. Teraz kupuję jak emeryci - dwie bułki i serek topiony. Gotuję zupy. Psu też się dostała tańsza karma. Oszczędzamy razem.

Na rachunki (mieszkanie, telefon, internet kosztują mnie 1200 zł miesięcznie) musiałam pożyczyć pieniądze od współlokatorki.

Grudzień
Dobijałam się już wszędzie o pracę. Przekonałam siebie, że mogę zostać przedstawicielką firmy kosmetycznej, asystentką prezesa, konsultantką w telekomunikacji. Byłam na dwóch rozmowach - na stanowisko recepcjonistki w kancelarii prawnej (najpierw dziwili się, że z takim doświadczeniem i wykształceniem chcę u nich pracować, ale potem się nie odezwali) i przedstawiciela handlowego w firmie tytoniowej (po miesiącu dali znać, że wstrzymali zatrudnienia).

Zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest źle, gdy musiałam poprosić tatę o pożyczkę. Moja duma bardzo na tym ucierpiała. Nie brałam od rodziców pieniędzy od prawie czterech lat.

Dziś
Do tej pory wysłałam jakieś dwieście CV, niemal wszystkie z listami motywacyjnymi przyrządzonymi pod konkretnego pracodawcę. Myślałam, że to dużo, ale skoro nic nie znalazłam, to chyba niewystarczająco. Którejś nocy obudziłam się z przerażeniem, że w CV wpisałam zły numer telefonu. Nie, nie było błędu. Teraz wpadam w panikę, kiedy rozładuje mi się komórka.

Trafiły się dwie okazje dorobienia. Wydawnictwo zleciło mi drobne tłumaczenia (jakieś 700 zł za tydzień pracy w domu), a dla agencji reklamowej opracowałam strategię PR. Zapewniali, że jak się sprawdzę, zaproponują mi pracę przy eventach. Byli zadowoleni, wypłacili mi nawet 2 tys. zł premii. Ale pracy nie dali, bo jest kryzys i klienci zrezygnowali z eventów.

Mój osobisty kryzys przyszedł na przełomie grudnia i stycznia. Sylwestra spędziłam w domu. Nie chciałam słuchać, jak wszyscy życzą mi znalezienia pracy.

Z każdym tygodniem popadam w większy marazm. Znajomi pytają - a co ty robisz całymi dniami? I myślą, że tak naprawdę wcale nie szukam tej pracy.

Trzy razy dziennie wychodzę z psem, wieczorem wpada koleżanka. Kiedy w weekend siostra namawia, żebyśmy pojechały do lasu na spacer - odmawiam - przecież nie mam czasu, muszę szukać pracy. Siedzę i wymyślam kolejne listy motywacyjne. Ale ile można? Gdzie jeszcze mogę je słać?

Gdybym teraz znalazła jakąś ciekawą pracę, wzięłabym ją nawet za 1500 złotych, choć to za mało, aby się utrzymać. Jestem gotowa iść na staż, ratować się dorywczymi pracami. Byle nie być ekspedientką czy kelnerką - na to jeszcze się nie mogę zgodzić. Chociaż może już powinnam spuścić z tonu?

Chce mi się płakać, to po to studiowałam tyle czasu? A co z moimi marzeniami? Coraz częściej myślę, a może to mną jest coś nie tak? Może źle wybrałam studia, źle szukam pracy?

W każdy poniedziałek trzymam kciuki - teraz już się uda. Nie zarejestrowałam się jako bezrobotna, bo się wstydzę, poza tym gdzieś w środku wierzę, że zły czas minie. W końcu zmieniły się okoliczności, ale ja nie - ciągle jestem ambitna, kreatywna i pracowita. Przekonuję siebie, że nie jestem przecież gorsza od tych, którzy przed kryzysem załapali się na etaty.

Bilans półrocznego bezrobocia

Czy są jakieś plusy? Tak. Obroniłam się na studiach na piątkę. Listy motywacyjne piszę z zamkniętymi oczami. Nie mam problemów z wagą, bo dietę trzymam, czy chcę, czy nie. Te cztery miesiące to przyspieszony kurs oszczędzania i odpowiedzialności. Teraz już nigdy nie odeszłabym z pracy, nie mając nowej.

Minusy? Czuję, że zmarnowałam cztery miesiące. Jeszcze niedawno planowałam karierę, większe zarobki, kupno mieszkania. Teraz co miesiąc kombinuję, skąd wziąć pieniądze na czynsz. Nie planuję niczego nowego. Wszystko zaczyna się od zdania - kiedy znajdę pracę...

O samoocenie wolę nie mówić.

Przeczytaj także:
>> Czytelnicy komentują opowieść absolwentki SGH "Wysłałam dwieście CV. I nic"
>> Bohaterka artykułu "Wysłałam dwieście CV. I nic" odpowiada czytelnikom "Metra"

Czy ktoś z was, lub z waszych znajomych znalazł się w podobnej sytuacji? Gdzie szukać pracy w czasie kryzysu? Co możecie poradzić naszej czytelniczce? Czekamy na Wasze listy: metro@agora.pl



Źródło: Dziennik Metro
  • 75 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W czwartek z ''Gazetą'':

  • Książę Persji. Piaski czasu. Film na DVD
  • Zamienniki leków. Informator
  • Projekt Europa. Specjalne wydanie "Dużego Formatu"
  • Pociągi pojadą inaczej. Informator
  • Jedziemy na wakacje. Propozycje miejsc w Polsce i za granicą