Kończę właśnie 30 lat. Siedzę sobie sama i robię życiowy bilans. Półtora roku temu wyprowadziłam się od męża, imprezowicza i hazardzisty. 'Dla dobra dziecka' próbowałam jeszcze skleić 'uświęcony związek małżeński'. Miałam nadzieję, że mój małżonek jest w stanie być dobrym mężem i ojcem, myliłam się. Wtedy jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość o raku. Gad zajął mi prawie połowę jamy brzusznej. Szybka operacja uratowała mi życie, ale okazało się, że mój ekslokator jest strasznie złośliwy. Miałam chemioterapię. Straciłam włosy, rzęsy, brwi, na zawsze zaniknęły moje jajeczka. Obecność mojego synka sprawiała, że byłam w stanie pozbierać się i przeć do przodu. Cały tamten okres nie korzystałam z L-4 w obawie przed utratą pracy. Po chemii okazało się, że potrzebna jest druga operacja, znacznie bardziej skomplikowana niż poprzednia. Miesiąc dochodziłam do siebie. Po powrocie czekało na mnie wypowiedzenie. Ta wiadomość podcięła mi nogi. Rodzice mi wtedy pomogli, okres rekonwalescencji spędziłam u nich. Mój mąż w tym czasie zmieniał kobiety jak rękawiczki, więc jak tylko nabrałam sił, wniosłam pozew. Rozwód orzeczono na pierwszej rozprawie. Ledwo skończyła się batalia rozwodowa, zmarła moja bliska koleżanka. Poznałyśmy się w klinice. Wspierałyśmy się wzajemnie w tej trudnej walce, niestety, ona ją przegrała... W ciągu tych kilku miesięcy przekonałam się, którzy ludzie w moim otoczeniu są prawdziwymi przyjaciółmi, a na których nie warto trwonić czasu. Zyskałam też nowych i teraz staram się te przyjaźnie pielęgnować, bo właśnie takie serdeczne relacje z ludźmi są podporą w trudnych chwilach. Pomału z tego zakrętu wychodzę. Mam nową pracę, synuś rośnie, zdrówko dopisuje. Widzę już wierzchołek góry, na którą wspinam się z wywieszonym ozorem od długiego czasu. Nieważne, ile razy upadasz, ważne jest, że się podnosisz.
Źródło: Wysokie Obcasy