Mocne to słowa, zważywszy, że w uzasadnieniu wyroku ograniczającym prawa rodzicielskie Annie z Wrocławia, nie pojawia się wzmianka o jej orientacji psychoseksualnej. Nie ograniczono więc praw lesbijce do opieki nad swoim dzieckiem ("zarzut" bycia w związku z kobietą wystosowała babka), a kobiecie, u której biegli wykryli pewne czasowe niedyspozycje do bycia dobrą matką. Przypomnę tylko, że decyzją sądu matka i babka mają poddać się terapii oraz uczestniczyć w mediacjach. To dobra decyzja, być może pozwoli ona ułożyć relacje między kobietami na nowo. Tyle, że w emocjonującej dyskusji takie szczegóły blakną.
Wracając do Niesiołowskiego, bodaj największego eksperta w tym kraju od kwestii homoseksualizmu (wcześniej to zaszczytne miano dumnie dzierżyli Giertych z Wierzejskim), zastanawia mnie jedna rzecz w tego typu medialnych wystąpieniach, mianowicie, całkowity brak świadomości wzięcia odpowiedzialności za swoje słowa.
Winę upatruję tutaj po stronie mediów (co niedawno dosadnie wyraził prof. Sadurski), które za cenę igrzysk bezrefleksyjnie przytaczają najbardziej absurdalne i obelżywe wypowiedzi. Czy marszałek Niesiołowski zdaje sobie sprawę z tego, że atakując homorodziców, atakuje także ich dzieci? Właśnie dzieci, nad których to niby troską się pochyla. Oczywiście, że nie jest tego świadom.
Najpierw musiałby temat poznać, ale mediom wystarczy stara formułka w stylu "myślę, że ". W wynurzeniach teoretycznych "eksperta" umyka to, co najważniejsze w debacie - kwestia merytoryczna. Producent programu zapraszając Niesiołowskiego wie doskonale przecież, że cała dyskusja będzie polegać na artykulacji świętego oburzenia i steku bluzgów. Przecież jasne jest, że marszałek absolutnie nic nowego nie wniesie do tematu. Z jakiej więc pozycji ma się wypowiadać? Przedstawiciela Parlamentu? Nie sądzę, raczej z pozycji szołmena, na którym stacje zarobią pieniądze.
Skoro w Polsce rozpoczęła się "debata" o homorodzicielstwie, niechże będzie ona sensowna. Czy z faktu, że Niesiołowski obrazi tysiące polskich homorodziców coś wyniknie? Raczej tylko wzmocnienie agresji wobec osób homoseksualnych. To nie jest polityka miłości, którą PO wzięła na swój sztandar.
Druga sprawa, nawet najbardziej fikuśne oratorstwo domorosłych ekspertów nie zastąpi faktów. A dzieci wychowujące się w homorodzinach są faktem! Nie żadną refleksją na temat, ani fantazją z wygenerowaną przez homofobiczny umysł. Z tym "fantem" trzeba coś zrobić. Przede wszystkim media muszą sobie uświadomić, że za każdym bluzgiem zaproszonego gościa kryją się istoty z krwi i kości, dzieci i ich rodzice!
Teoretyzowanie miałoby sens w kawiarni, więc skoro podejmuje się tak (być może) drażliwy temat warto zaoferować widzom coś więcej niż spektakl pomyj. To jest mój prywatny apel do mediów o wzięcie odpowiedzialności za kwestie, które się porusza na antenie czy na łamach gazety. Seryjna produkcja mowy nienawiści i promocja jej w ramach podniesienia oglądalności czy czytelnictwa równa się wzmocnieniu uprzedzeń i przyzwoleniu na dyskryminację. Przede wszystkim warto postawić pytanie: dlaczego dzieci wychowywane w związkach homoseksualnych narażone są na szkody? Na pewno nie przez fakt braku miłości i opieki, a raczej przez społeczne napiętnowanie osób homoseksualnych.