Konsekwencje ACTA dla Tuska Panie Premierze - mam nadzieję, że ten list via "Gazeta" do Pana trafi. Przedstawię krótkie konsekwencje polityczne - dla Pana, dla Pana Partii i dla Polski.
My - młodzi Polacy - stanowimy grupę, która decydowała o ostatnich kilku wyborach parlamentarnych i prezydenckich. To od naszej mobilizacji i poglądów zależał wynik tych wyborów. Daliśmy Panu i PO szansę - częściowo wierząc w obietnice, częściowo wybierając tzw. "mniejsze zło" - starając odsunąć od władzy PiS. Ale zapomniał Pan o nas.
Dlatego my, młodzi - wybaczymy Panu - benzynę po 6 zł za litr, żenująco rozwiązywane zamieszanie w resorcie zdrowia na początku roku, ciągnące się awantury w sprawie smoleńskiej czy walkę o stołki w spółkach kontrolowanych przez państwo.
Wybaczamy, bo wierzymy, że ta droga, choć "krzyżowa", kieruje nas do Europy. Podpisanie ACTY to przeciwny kierunek. Podpisanie ACTY to ograniczenie naszych praw w internecie na rzecz korporacji i ich interesów. Podpisanie ACTY to sankcjonowanie ich potencjalnych działań sprzecznych z polskim prawem. Kolejne wybory będą rozliczeniem za ACTE.
Będziemy głosować przeciw.
Cytując grupę Anonymous (z którą nie we wszystkim się zgadzam, ale której zasług dla nagłośnienia tej sprawy nie da się ocenić!)
Panie Premierze
Jesteśmy Legionem
Nie Wybaczymy
Nie Zapomnimy
Marcin B. Wielki Brat ACTA patrzy ACTA wprowadza stały nadzór nad przesyłanymi materiałami. Dostawcy internetowi mieliby ciągle monitorować, co każdy użytkownik sieci ogląda, ściąga, pisze. To absurd groźny jak nic nigdy dotąd.
Można by powiedzieć, że skoro nie robię nic złego, to dlaczego miałbym się bać. Ale tak powiedzą tylko ludzie o małej wyobraźni, którzy nie rozumieją, że życie podglądane przez Wielkiego Brata nie będzie już tym samym życiem.
Świadomość tego, że ktoś nieustannie monitoruje nasze poczynania w sieci spowoduje radykalną zmianę tych poczynań. Internet do tej pory gwarantował swobodę.
Dlatego tak ważne jest uświadomienie obywatelom, że szykowana jest dla nas klatka ograniczająca każdy rodzaj naszego funkcjonowania w sieci. Już nie będziemy skype'ować o byle czym wiedząc, że ktoś to nagrywa. Nie będziemy przesyłać znalezionych gdzieś fotek wiedząc, że ktoś je kontroluje. Nie będziemy też oglądać filmików, wiedząc, że ktoś na tej podstawie nieustannie ocenia prawość naszego zachowania.
W ten sposób popadniemy w obłęd i z wolnego internetu wejdziemy w fazę całkowicie zamkniętego i "bezpiecznego" internetu, w którym swoboda będzie ograniczana.
A co jeśli korporacjom i tego będzie mało? Zachęcone sukcesami postanowią rozszerzyć nadzór i wyjść poza internet?
Szacuje się, że już teraz w wielkich miastach, np. w Londynie każdy jest obserwowany przez minimum trzy kamery. Wystarczy te kamery połączyć w sieć, uruchomić oprogramowanie rozpoznawania twarzy, które jest teraz w każdym aparacie cyfrowym i już można śledzić Kowalskiego - gdzie był, co robił...
Kiedyś była to odległa perspektywa, dzisiaj w świetle ACTA jest to możliwe od jutra. Zastanówmy się nad konsekwencjami takiego myślenia i walczmy o normalną przyszłość. Koncerny i korporacje niech się zajmą sobą, a nie obywatelami.
Marcin Szczepkowski ACTA jak bunt tkaczy Jednym z podstawowych celów ACTA ma być ponoć walka z podróbkami. Tak sobie myślę, że jeśli portki z czerwoną metką "oryginalną" i podrabianą tak samo długo się noszą, to jest to podstawowym powodem, dla którego walka z podróbkami przypomina walkę tow. Gomółki o pokój.
ACTA są wyborem za światem pozorów i bufonady. Są także sposobem na tworzenie pozorów wartości. Niestety, na przykład
Chiny tworzą wartości realne. Oni produkują a my udajemy, że jesteśmy bardzo bogaci, bo mamy "brandy", loga i inne wartości intelektualne.
Któregoś dnia, obawiam się, powiedzą nam, że możemy sobie te wartości (wężykiem), oraz prawa własności, bo jak będziemy podskakiwać to nałożą embargo na skarpety i buty. I to prawdopodobnie będzie koniec zabawy. ACTA są jak bunt tkaczy przeciw maszynom.
Technologia nie przewiduje już, np. DYSTRYBUTORA. Skończy się jak w Bielawie w 1848 roku. Najpierw wejdzie Partia Piratów do Sejmu. Już jest Palikot. Wynik arogancji tak zwanych elit wobec społeczeństwa. Adam Cebula
ACTA, bat na pirata, ale...
Warto np. uświadomić sobie, że w Polsce pod koniec lat 80. i w latach 90., gdy zawitały do nas nowe technologie, a przede wszystkim komputery: ZX Spectrum, Amstrady i Atari ST, pojawiły się giełdy komputerowe (m.in. w Warszawie na ul. Grzybowskiej), a na nich rozpoczął się handel programami, w zdecydowanej większości pirackimi, kopiowanymi na kasety magnetofonowe i dyskietki.
Oryginały mało kto kupował, chyba tylko w celu powielenia i sprzedawania kopii. Już wówczas padały zarzuty, że to największy piracki rynek w Europie. To była prawda.
Tylko, że ceny oryginalnych programów dla Polaków, a szczególnie młodzieży, były astronomiczne. Byliśmy po prostu, dzięki socjalizmowi, wobec Zachodu - nędzarzami. I trzeba postawić pytanie, o ile dłużej nadrabialibyśmy opóźnienie, gdyby właśnie nie ten dostęp do pirackich programów. Gdyby nie ta fascynacja naszej młodzieży, okupującej giełdy, handlującej kopiami, kopiującej na miejscu... w końcu coś za coś.
Może warto byłoby zrobić opracowanie na temat roli piractwa w gonieniu Cywilizowanego Świata? K.Z.
Policjant w nas
Problem z piractwem w sieci można rozwiązać tylko batem, np. takim jak obowiązek sprawdzania pobieranych treści przez operatorów internetu. Problem leży jednak nie w ustawieniu policjanta na ulicy, ale na wychowaniu policjanta w nas samych.
Trzeba zadziałać na szerszą skalę i długofalowo. Piractwa uczymy się w domu. To w domu uczymy się lekceważącego podejścia do prawa i państwa. W domu też uczymy się, że wszystko nam się należy i że to my i nasze być i mieć jest najważniejsze. Póki nie zrozumiemy, że to w nas samych, w naszych rodzinach, mamach, ojcach, babciach leży tendencja do nieszanowania interesów innych ludzi i wspólnoty, tak długo będziemy musieli wymyślać wygibasy prawne, żeby poskramiać samych siebie. Krzysztof Jabłonowski
Gdy ceny realnej brak
Jednym z pominiętych elementów w sporze o ACTA i szerszej dyskusji na temat praw autorskich i ich wpływu na dostępność dóbr kultury jest, według mnie, kwestia realnej ceny.
Z jednej strony, rację mają obrońcy praw autorskich - możliwość łatwego, natychmiastowego i darmowego dostępu do muzyki czy książek online zmniejsza dochód autorów i tym samym powoduje, że trudniej utrzymać się z twórczości.
Z drugiej strony jednak, warto zwrócić uwagę na dysproporcje w wartości płyt czy książek w Polsce w porównaniu do innych krajów. Podczas kiedy w Wielkiej Brytanii płytę można kupić już za 1-2 godziny pracy (zakładając wynagrodzenie minimalne), w Polsce jest to wartość zbliżona bardziej do 5-6 godzin (zakładając wynagrodzenie ok. 8zł/godzinę i koszt płyty ok. 50 zł). Podobnie w wypadku książek.
Jeśli więc dobra kultury nie mają stać się jedynie przywilejem bogatych, a darmowe rozpowszechnianie ich w sieci nie jest zgodne z prawem, konieczne jest zapewnienie legalnego dostępu za dobrą cenę dla szerszej publiczności. Barbara Piotrowska
Prawo praprawnuków
Nie chodzi o świat całkowicie bezkarnego piractwa - nie słyszałem, żeby ktoś to proponował więc skąd ten argument? Parę uwag na korzyść piratów...
Dlaczego mamy zgadzać się na to by praprawnukowie jakiegoś twórcy mieli zapewnione dostatnie życie, choć sami nic w życiu nie zrobili. Tak jest teraz, bo prawa autorskie w naszym obszarze prawnym obowiązują do 70 lat po śmierci autora. To jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też demoralizujące. Tym bardziej, że nie mamy do czynienia z samodzielnie działającymi autorami, ale z wielkimi korporacjami, które interesuje tylko zysk i specjalnie w tym celu motają ograniczenia - na przykład regionalizacja praw do DVD, zakaz korzystania z różnych urządzeń dla odtwarzania zakupionej muzyki, itp. Najpierw maksymalnie uzależniają od popkultury, później karzą płacić za funkcjonowanie w jej obszarze. Czy to nie podobne do tego co robiły do niedawna koncerny tytoniowe?
Dlaczego w kwestii standardu dokumentów biurowych jesteśmy skazani na jedną korporację i nasze urzędy płacą jej za to miliony?
Dlaczego co roku muszę kupować nowy podręcznik dla dziecka - co roku jest zmiana, żeby nabić kabzę wydawcom?
I tak dalej, i tak dalej. To nie są przecież prawa natury tylko kwestia organizacji naszych społeczeństw. Do dyskusji jednym słowem.
Tak totalna ochrona praw autorskich służy głównie krajom bogatym -
USA i paru krajom Zachodu - właścicielom tzw. contentu i jest jednym z elementów dominacji bogatych nad biednymi. A doświadczenie uczy, że po prośbie niewiele się załatwia - z siłą za to wszyscy się liczą.
Grzegorz Iwan Legalne powinno = łatwe Jesteśmy świadkami rewolucji informacyjnej - zmienia się sposób dystrybucji informacji i dóbr kulturowych. Dostępne są już narzędzia prawne do usuwania plików nielegalnie umieszczanych w internecie, i nie ma potrzeby wprowadzania nowych regulacji w tym zakresie.
Piractwo w internecie rozkwitło przede wszystkim ze względu na to, że dostęp do filmu/muzyki/programu był łatwiejszy nielegalnie niż legalnie.
Z perspektywy wydawców/wytwórni/producentów znacznie bardziej efektywne byłoby stworzenie kanałów dystrybucji wygodnych dla odbiorców. Wtedy eliminując część kosztów tradycyjnej dystrybucji można przy obniżeniu kosztów dotrzeć do znacznie większej liczby klientów.
Problemem jest niska elastyczność korporacji, które nie radzą sobie z szybko zmieniającą się rzeczywistością.
Apple (AppStore), Amazon (Kindle), Steam, Onlive, Netflix to są firmy które tworzą w internecie wysokiej jakości produkty i usługi, chętnie kupowane przez użytkowników - właśnie ze względu na łatwość dostępu.
W przeciwieństwie do mniej innowacyjnej konkurencji nie starają się płynąć pod prąd i dzięki temu wychodzą na swoje.
Energia wykorzystana na lobbing skierowana w stronę bardziej produktywnych działań przyniosłaby znacznie lepszy skutek.
Dla obu stron.
Bartek Borowiec Piractwo zabija polską scenę muzyczną Zgadzam się w pełni z Wojciechem Orlińskim:
"Nie samą sztuką artysta żyje" Oczy przecierałem ze zdumienia widząc jak pan Żakowski (którego strasznie szanuje i nie boję się powiedzieć, że zawsze był dla mnie rozsądkowym autorytetem) zachowuje się jak pasażer w samolocie pełnym terrorystów albo jak PiS gotów być razem z pseudo-kibicami byle być po przeciwnej stronie niż rząd.
Jak Jacek Żakowski zacznie pisać artykuły na blogu za darmo a jego wykłady nagrane zaczną krążyć po internecie i być odtwarzane na uczelni i nikt go nie będzie potrzebował (bo po co) to z czego będzie żył?
Polska scena muzyczna jest martwa właśnie przez brak komercyjnego sukcesu w tej branży, przez piractwo.
Fakt, sytuacja polskich konsumentów jest gorsza niż na Zachodzie, ale to oddzielny temat.
Miłosz Pieniądze dla artystów, nie "właścicieli praw" Po pierwsze sztuka jest starsza niż pieniądze. I nie chodzi o to, żeby artyści nie dostawali pieniędzy za swoje dzieła. Chodzi o to, żeby dostawali je artyści, a nie właściciele praw autorskich.
Disney nie wymyślił Kubusia Puchatka, ale kupił sobie do niego prawa autorskie.
Firma Disney strzeże tego wizerunku i swoich praw autorskich do tego stopnia, że wymaga zezwolenia na użycie go na prywatnych stronach www i w adaptacjach teatralnych.
Dzieło już powstało, autor zarobił na tym pieniądze a teraz zarabia na tym korporacja.
Już nie będę tu przytaczał przykładów, że korporacje traktują danego artystę jako swoją własność czasowo uniemożliwiając mu uprawianie sztuki, tu choćby przykład George'a Michaela.
No i jeszcze jeden problem. Dostępność sztuki. Co mi z tego, że będą Beatlesi, skoro nie będzie mnie stać by zapłacić za ich muzykę. Gdy byłem młody, w PRL-u kupowałem bilet do kina za 1,5-2 bochenki chleba czyli 6-8 zł, a jako licealistę stać mnie było, żebym kupił sobie karnet na festital JnO. Dziś mogę pozwolić sobie na jeden koncert.
Piotr Orzeszyna Nie piracenie, tylko dzielenie Wojciech Orliński nie rozróżnia piractwa od dzielenia się treścią i wiedzą. Pirat to ktoś kto sprzedaje zrabowaną muzykę, filmy i książki. Wielkim wytwórniom nie podoba się fakt, że kupiłem sobie płytę z Beethovenem pod Karajanem i podzieliłem się tym ze znajomymi.
Sprawa stoi tak, że mój przyjaciel zarabia mało albo wcale lecz jest ambitnym, inteligentnym człowiekiem żądnym wiedzy i głodnym sztuki. Na i imię ma Jeff i mieszka w USA. Najlepszym dostępnym i szybkim sposobem na podzielenie się moimi zasobami jest internet i dajmy na to BitTorrent. Gdyby obowiązywały jakieś twarde obostrzenia nie wysłuchałby muzyki: Bacha, Mozarta, Beethovena, Haendla, Czajkowskiego, Chopina, Schumanna...
O ile byłby uboższy? Czy sztuka jest towarem elitarnym?
"Pirat" pełną gębą ACTA kontra sztuka Przyznaję, że zgadzam się z ogólnym wydźwiękiem komentarza do tekstu Jacka Żakowskiego, ale mam jedno zastrzeżenie dotyczące tezy postawionej na jego końcu: "Świat całkowicie bezkarnego piractwa będzie światem bez umów, bez zaliczek i bez wydawców."
Podejrzewam, że autor nie chciał sugerować, że bojkot ACTA oraz cała atmosfera otaczająca ostatnie protesty przeciwko restrykcyjnemu przestrzeganiu i egzekwowaniu praw autorskich prowadzi do wystąpienia sytuacji, w której nikt nie będzie płacił za kulturę. Uznaję, że to tylko erystyczny chwyt mający mocno podkreślić wypowiedź.
Niestety, powyższa myśl zaważyła na toku rozumowania i skierowała go w bardzo wąską (jeśli nie ślepą) uliczkę, ponieważ pominęła jedną bardzo ważną myśl: nieformalny (a często: nielegalny) obieg treści to nie tylko dziura w kieszeni twórców, ale również sposób promocji własnej twórczości. Stanę w obronie przykładów wybranych przez Jacka Żakowskiego, chociaż użyję w niej lekko zmodyfikowanych argumentów pana Orlińskiego:
Zarówno Beatelsi jak i Beethoven to przykłady nowej jakości w sztuce. Zamiast podkreślać, że Beethoven przez całe życie miał problemy finansowe proponuję zastosować pewien eksperyment myślowy: czy gdyby był znany wielokrotnie szerszemu gronu, jego sytuacja byłaby równie ciężka? Być może kłopoty finansowe wynikają właśnie z zastrzeżenia konkretnego utworu dla konkretnego dworu? Czy kompozytor miałby większe szanse na uzyskanie przychodu z koncertów i dedykowanych utworów gdyby był lepiej znany w świecie na skutek swobodnego rozpowszechniania jego twórczości?
Podobną argumentację można zastosować do muzyki Beatelsów. Zresztą nie tylko do niej, ale do fenomenu większości kultowych twórców - czy mogliby liczyć na podobną popularność bez nielegalnie przegrywanych kaset i płyt, bez kserówek i reprintów, na które nie było zgody? Bez imprez, na których
muzyka i filmy puszczane były nielegalnie (np. bez uiszczenia opłat dla organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi)?
Pytania te prawdopodobnie pozostaną bez odpowiedzi, bo możliwości badania wpływu nielegalnego korzystania z treści chronionych prawem autorskim na popularność i zyski artysty są z definicji ograniczone. Osobiście uważam, że bez obiegu treści poza kontrolą księgowości wielkich wytwórni nie można mówić ani o gwiazdach, ani o kulcie artysty.
Pozostaje kolejne pytanie: jeśli przyznamy, że nieformalny i nielegalny obieg kultury może nieść ze sobą korzyści to kto może liczyć na najwięcej? Odnoszę wrażenie, że najbardziej korzystają na tym właśnie jednostki najbardziej kreatywne. Wielki biznes nie szuka innowacji w kulturze. Rok w rok jesteśmy karmieni wypromowanymi za grube miliony gwiazdkami, które gasną po pierwszej płycie, nijakimi filmami opartymi na tym samym scenariuszu wymyślonym przez wielkie centra badania rynku. Przyznam szczerze: tym ludziom (a właściwie biznesowi za nim stojącemu, bo ciężko mówić o jakiejkolwiek osobowości kolejnych piosenkareczek, czy jakości hollywoodzkich komedii romantycznych) piractwo może rzeczywiście szkodzić.
W ich pracę włożono miliony, które muszą się zwrócić. Inna kwestia, że dochody z płyt to tylko część wpływów - za każdym artystą idą reklamy, gadżety, koncerty i inne alternatywne źródła przychodu.
Postawię otwarte pytanie: czy penalizacja korzystania z zastrzeżonych treści kosztem utraty popularności jest dobrym kierunkiem? Może zamiast trwać przy modelu niedostosowanym do współczesnych warunków informacyjnych i telekomunikacyjnych w imię przestarzałego myślenia o rynku należy pójść w inną stronę?
Warto przypomnieć w tym miejscu problemy, z którymi zmierzyli się pierwsi dostawcy usług radiowych i telewizyjnych. Po nieskutecznych próbach ściągani należności za przesyłane programy przestawiono się na model oparty na dostarczaniu darmowych treści w zamian za wysłuchiwanie reklam, czy organizowaniu koncertów i innych eventów. Nikt dzisiaj nie powie, że radio i telewizja nie mogą być opłacalne. Wręcz przeciwnie! Te, które swoje treści udostępniają za darmo są jednymi z najbardziej dochodowych.
A co z mniejszymi artystami? Tymi, za którymi nie stoją wielkie koncerny, a małe, undergroundowe wytwórnie? Innymi słowy: co z najbardziej kreatywną, innowacyjną i wolną częścią kultury? Wydaje mi się, że nie ma co się rozwodzić nad tym problemem - ich twórczość nie ma szansy trafić na półki największych księgarni, sklepów muzycznych, czy na ekrany kin.
Bardzo często nielegalne (a jak!) rozprzestrzenianie treści jest jedynym sposobem na dotarcie do publiczności. A przy okazji: do przedsiębiorstw z kapitałem, które będę w stanie wyłożyć środki na dalszą działalność. Błędne koło? Być może, ale o tym poniżej.
Z obu powyższych paragrafów wypływa jeden wniosek: aby zarobić na kulturze konieczne jest zdobycie ogromnego grona fanów. Czy zrobi się to przy pomocy sprawdzonych, drogich marketingowych trików, czy stanie się to na skutek świetnej jakości tworzonych przez siebie treści to kwestia indywidualnego podejścia.
Kończąc list chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę: w powyższym liście pojawia się dość duży paradoks. Skoro nielegalne rozpowszechnianie treści nie przynosi samo w sobie żadnych zysków, a popularni artyści są "piraceni" proporcjonalnie do swojej sławy - skąd w całym tym obiegu biorą się pieniądze? Na szczęście pojawia się raport Obiegi Kultury (http://obiegikultury.centrumcyfrowe.pl/), który pokazuje, że ilość pieniędzy wydawanych na kulturę jest proporcjonalna do częstotliwości ściągania treści chronionych prawami autorskimi.
Co to oznacza? Być może tyle, że kwoty, które z naszych kieszeni wpływają na konta różnego rodzaju artystów i instytucji opiekujących się nimi są bardzo silnie skorelowane z ilością treści, które ściągamy i ograniczenie możliwości wolnego obiegu informacji jest ograniczeniem rzeczywistych zysków wytwórni, a w konsekwencji artystów.
Parafrazując konkluzję pana Orlińskiego: być może gdyby informacja o twórczości Beethoena i Beatelsów nie rozeszła się również nielegalnymi kanałami - nigdy byśmy ich nie zapamiętali.
P.S.
Serdecznie polecam zapoznanie się z filmem Morgana Spurlocka "The greatest movie ever sold". Autor wyszedł z założenia, że stworzy film o marketingu w przemyśle filmowym finansując go jedynie z pieniędzy zdobytych dzięki działalności marketingowej w jego filmie. Świetny film, który pokazuje nie tylko kulisy hollywoodzkiego biznesu, ale także, że tradycyjny model zarabiania na kulturze nie jest jedynym. Jakub Danecki
Artyści nie tworzą dla pieniędzy!
Widzę, że tekst Jacka Żakowskiego nie do wszystkich trafił i nie wszyscy pojęli istotę zmian w prawie do własności intelektualnej... Nie chodzi o to, czy Beethoven walczył z ówczesnym piractwem, czy też nie. Chodzi głównie o to co stało się z prawem do jego dzieł po jego śmierci. Otóż teraz twórczość zmarłych artystów nie jest dobrem kulturalnym narodu, ponieważ prawa autorskie przechodzą na wydawcę, na okres trzech pokoleń.
Innymi słowy o prawa do dzieł nie walczą twórcy, którym bardziej powinno zależeć na ekspresji siebie niż na pieniądzach, tylko walczą wielkie wytwórnie, nieśmiertelne korporacje, którym zależy na zysku. Ile procentowo w cenie płyty jest zysków wydawcy, a ile zysków twórcy?
Jeśli twórca jakiegoś dzieła krzyczy "TO MOJE PIENIĄDZE!", to radzę zmienić zawód. Niestety jak w wielu przypadkach, tak i tu potrzebne jest powołanie, które każe rozprzestrzeniać tworzoną sztukę do jak największej ilości odbiorców, a nie klientów. Ktoś tworzący dla pieniędzy nie ma moralnego prawa nazywać siebie artystą.
Pytanie: skąd w mediach masowego rażenia tzw. kulturalna papka, która robi młodzieży z mózgu kaszankę? O dziwo w złej i wyklinanej PRL, czyli świecie bez wielkich korporacji takie zjawisko było mocno ograniczone.
Dopiero później zaczęły się wykluwać "gwiazdy", których druga płyta nosiła tytuł "The Best Of...".
Na jedną rzecz trzeba zwrócić uwagę, czy C. Niemen, M. Grechuta, A. Osiecka zaistnieliby w dzisiejszym świecie "show biznesu"? Raczej nie. Dlaczego? Za mały target, twórczość niszowa, itd., itp. Czyli nie opłaca się wytwórni z wielomiliardowym rocznym obrotem schylić po takie grosze.
I co robi taki twórca dziś? Korzysta z internetu... Korzystał, bo z niedługo chyba nie będzie mógł...
Musimy siebie sami spytać, czy lepiej mieć artystów, czy twórców, którzy krzyczą kupuj. Mariusz Grocki
Informacja w dobie internetu
Jacek Żakowski jest pierwszą znaną mi osobą, która ośmieliła się powiedzieć na głos, że piractwo jest fajne.
Nie rozumie tego Wojciech Orliński, który w swoim tekście wpisuje się w standardową argumentację za IP, tzn. że dzięki niej szeroko rozumiani twórcy mogą zarabiać na swoich dziełach, a więc mają zachętę do tworzenia.
W przeciwnym razie - nikt nie będzie robił tego za darmo, a więc nie słuchalibyśmy teraz piosenek the Beatles, etc. Niestety, ten argument jest po prostu błędny. Samo pojęcie własności intelektualnej, lub szerzej, niematerialnej (ang. intangible property), może być szeroko kwestionowane.
Zacznijmy od tego, że w przemyśle muzycznym stosunkowo mała część dochodów z tytułu egzekwowania praw własności intelektualnej przypada artystom. Lwia część tych pieniędzy wędruje do pośredników (tzw. przemysł muzyczny), którego sens istnienia w dobie internetu jest coraz bardziej wątpliwy.
Niemniej jest to wielomilionowy interes, który stara się za wszelką cenę utrzymać na powierzchni dostarczając coraz to nowych Justinów Bieberów, i tym podobnych. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że jeśli wymagamy od kogoś kreatywności i "thinking outside the box", zachęty finansowe to kiepski pomysł i jest wiele badań ekonomicznych, które tego dowodzą (żeby nie być gołosłownym, jeden z wielu artykułów tutaj: http://rady.ucsd.edu/faculty/directory/gneezy/docs/jep_published.pdf). To samo mówiło się o bonusach finansowych dla bankierów, np. Noblista Myerson zauważył, że sposób ich przyznawania mógł obniżyć efektywność sektora finansowego.
Ale wróćmy do własności intelektualnej. IP to jedno z miejsc, gdzie teoria ekonomii popada w błędne koło. Gdyby nie patenty, etc. każdy mógłby "ukraść" innowację wymyśloną przez firmę. Jeśli koszt wymyślenia nowego produktu to 100 zł, a inne firmy po prostu go skopiują, to firma, która wymyśliła go pierwsza straci względem nich 100zł i zostanie w tyle. W związku z tym, bez patentów nie ma zachęty do inwestowania w BiR, a więc nie ma innowacji. To mówi nam konwencjonalna wiedza ekonomiczna.
Jest to jednak obraz niekompletny. Okazuje się bowiem, że w praktyce koszty skopiowania cudzego pomysłu nie są zerowe. Przeciwnie, wynoszą średnio około 60 proc. kosztów poniesionych przez wynalazcę (chociaż ten wskaźnik zależy od sektora gospodarki). Co więcej, patenty w znacznej mierze ograniczają kreatywne wykorzystanie cudzych pomysłów. Bardzo często strategią firmy jest opatentowanie nowej technologii, a potem "dojenie" tej starej tak długo jak to tylko możliwe. Co z akumulatorami do samochodów elektrycznych?
Kiedy Ford założył się z Edisonem, o to która metoda napędu - benzynowa, czy elektryczna, zyska największą popularność, szanse wydawały się wyrównane.
Niestety, przez wiele lat branża samochodów elektrycznych stała w miejscu.
Również teraz postęp idzie bardzo powoli. Tak z ciekawości - kto ma większość patentów na baterie? Texaco Chevron. Dużo innowatywnych patentów zostało również wykupionych, przez DARPA, amerykańską agencję badań obronnych. Czy kogoś w takim razie dziwi, że trudno znaleźć samochód elektryczny o zasięgu ponad 100 km? Chevron ma interes w sprzedaży samochodów spalinowych, a DARPA chce wyższości technologicznej wojska USA.
Nikomu nie zależy na przyśpieszeniu innowacji. Patenty mogą służyć jej opóźnianiu.
Problem jest jeszcze szerszy. Naukowcy, aby zyskać uznanie, muszą publikować. Najwięcej warta jest publikacja solo, która o ile jest wyjątkowo przełomowa, może otworzyć drzwi do najlepszych ośrodków badawczych. Efekt? naukowcy nie chcą się dzielić swoją pracą! Przykładów jest mnóstwo. Między innymi Human Genome Project cierpiał początkowo z tego powodu. Dla kontrastu warto zwrócić uwagę na polymath project, zainicjowany przez jednego z matematyków-bloggerów. Na łamach bloga Richarda Liptona, profesjonaliści i amatorzy rozwiązują kolaboratywnie różne problemy matematyczne - w zawrotnym tempie. Każdy może dorzucić jakiś drobny pomysł, który zostaje następnie przeanalizowany przez innych i rozwinięty bądź odrzucony. Na tym polega crowdsourcing.
Teoria ekonomii mówi o tym, że rynek jest najbardziej efektywny w warunkach konkurencji doskonałej, tzn. nieskończenie wielu dostawców i brak wpływu na cenę. Jednocześnie mówi się, że niektórych sektorach trzeba mieć monopolistów/oligopolistów (np. sektor farmaceutyczny) z wpływem na cenę i ponadnormalnymi zyskami, aby mieli pieniądze na innowację. To który kawałek jest prawdziwy? Ten o wielu dostawcach, czy ten o kilku? I czy aby na pewno kilka firm, które kontrolują cenę i posiadają szereg patentów - również na substancje, które nie są jeszcze na rynku, to najefektywniejsze rozwiązanie?
Informacja w dobie internetu jest dobrem publicznym - kiedy jest już stworzona, koszt krańcowy dostarczenia jej do następnego odbiorcy wynosi zero i bardzo trudno jest kogoś wykluczyć (vide: PirateBay, Wikileaks, etc.). Skoro jest ona dobrem publicznym, nie ma żadnego sensu próba wykluczania ludzi z jej konsumowania. Przeciwnie, chociaż mogą na tym stracić twórcy (choć minimalnie), ba, może się nawet okazać, że twórców i wynalazców będzie mniej, traktowanie informacji jako dobra publicznego, dostępnego zawsze i dla wszystkim pozwoli wykorzystać nowo tworzoną wiedzę w duużo bardziej efektywny sposób.
Właśnie dlatego piractwo jest fajne. Kuba Neneman, University of Cambridge
Kradzież to kradzież
Staram się nie czytać gazet etc., żeby zachować spokój ducha (wolę słuchać Beatlesów i Beethovena), a więc między innymi nie czytać idiotyzmów na temat "słusznego" protestu przeciwko Acta.
Ogromne więc ukłony, że jako jeden z nielicznych napisał Pan rzecz najważniejszą - kradzież własności intelektualnej to największa zbrodnia i początek końca cywilizacji - tylko artyści i twórcy wiedzą, jakim kosztem odbywa się stworzenie dzieła, ale chcieliby mieć przynajmniej na chleb.
Nie chcę pisać o sobie (jestem m. in. jednym z najlepszych polskich tłumaczy i najlepszym tłumaczem publikacji jazzowych), ale właśnie z powodu braku kasy przestałem tłumaczyć i "polska potomność" będzie miała guzik, a nie fajnie przetłumaczone rzeczy.
Takich osób jak ja jest w Polsce mnóstwo. Aleksander Glondys
Źródło: Gazeta Wyborcza