http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pan Samochodzik na nielegalu

Anna Malinowska
2011-07-13, ostatnia aktualizacja 2011-07-13 10:38

Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Tysiące poszukiwaczy skarbów wyciąga z ziemi tony starych pocisków, broni, monet. Archeolodzy ostrzegają: nielegalnie!


Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta Siewierz. Janusz Modzelewski i Jacek Wielgus przeszukują ziemię przywiezioną z budowy autostrady.
Grzegorz Celejewski
Siewierz. Janusz Modzelewski i Jacek Wielgus przeszukują ziemię przywiezioną z...
Artur Troncik, poszukiwacz skarbów z Siemianowic Śląskich, przyniósł niedawno do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu kolekcję eksponatów, które sam wykopał lub kupił na targu staroci: topory, buławy, fragmenty uzbrojenia, klamry. Dołączył opisy i mapki, co i gdzie zostało znalezione. Wszystko oddał za darmo. Dyrektor muzeum Dominik Abłamowicz kolekcję przyjął, ale chwilę później wysłał donos na policję. Przeciwko Troncikowi prowadzono postępowanie w sprawie nielegalnego wydobycia przedmiotów ze stanowisk archeologicznych.

Dyr. Abłamowicz, archeolog, jest przekonany, że dobrze zrobił: - "Poszukiwacze skarbów" szkodzą archeologii! - grzmi. - W środowisku archeologów coraz częściej mówimy o amatorach, którzy, owszem, może znajdą pojedynczą rzecz, ale przy okazji zepsują cały obszar poszukiwań! Nie wiedzą, jak się pracuje na stanowisku archeologicznym.

Troncik przed sądem nie stanął. Policja umorzyła sprawę, bo nie dopatrzyła się przestępstwa, ale Barbara Klajmon, wojewódzka konserwator zabytków w Katowicach, staje za Abłamowiczem murem. - Te przedmioty zostały z całą pewnością wykopane, a jeśli ktoś coś cennego wykopie, ma obowiązek poinformować o tym najbliższy urząd gminy. Taka jest procedura.

Wykryto fenig i puszkę z mięsem

Jacek Wielgus z Gliwic, inżynier mechanik i właściciel firmy budowlanej, zawsze interesował się militariami. W latach 80. jeździł w Bieszczady, w Beskid Niski i penetrował wojenne okopy. - Zaczęło się od książek Nienackiego o Panu Samochodziku - mówi. Jeździ terenówką. Zanim zacznie kopać, analizuje mapy, ale najczęściej teren wybiera na oko. Ostatnio na obrzeżach Siewierza wysypano ziemię z budowy autostrady. Wielgus już tam jest z wykrywaczem metalu. Za chwilę dojeżdżają Teresa Lipiec i Janusz Modzelewski - małżeństwo z Bytomia, które na co dzień zajmuje się internetową sprzedażą książek.

Wykrywacz działa tylko na 20-30 centymetrów w głąb ziemi. Przy silniejszym buczeniu wykrywacza Wielgus wbija łopatkę, przesiewa ziemię. Niemiecki fenig. Kolejne buczenie - i trzyma w dłoni monetę z XVII w. Modzelewski ma mniej szczęścia. Wykopuje puszkę z mięsem, potem puszkę po piwie.

- Czy przesiewając ziemię z budowy autostrady, niszczymy stanowisko archeologiczne? - pyta Wielgus. Oczytany. Sypie datami, historycznymi ciekawostkami i paragrafami z kodeksu.

Razem w Nowej Cerekwi

Prawo mówi tak: wszystko, co leży pod ziemią, należy do skarbu państwa i trzeba to niezwłocznie oddać. Z ustawy o ochronie zabytków z 2003 r.: "zabytek archeologiczny to zabytek nieruchomy będący powierzchniową, podziemną lub podwodną pozostałością egzystencji i działalności człowieka, złożoną z nawarstwień kulturowych i znajdujących się w nich wytworów bądź ich śladów, albo zabytek ruchomy będący tym wytworem".

- Tylko że definicja nie zawiera żadnej cezury czasowej. Za warstwy kulturowe należy więc też uznać rury ciepłownicze, kable telekomunikacyjne. Nielegalna w myśl tego prawa jest także orka na polu - mówi Marcin Rudnicki, archeolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem, gdyby rygorystycznie przestrzegać ustawy, budowniczowie Stadionu Narodowego musieliby trafić za kratki, bo Stadion X-lecia został zniszczony, i to bez reakcji służb konserwatorskich.

- Zamiast "poszukiwaczy skarbów" zwalczać, lepiej z nimi współpracować - uważa Rudnicki, który razem z amatorami wykopalisk prowadził badania w Nowej Cerekwi na Opolszczyźnie.

A było tak: Rudnicki dowiedział się o złotych monetach celtyckich, które pojawiły się na czarnym rynku. Podobno znajdowano je w okolicach Nowej Cerekwi. Zwołał grupę naukowców i amatorów z wykrywaczami metali, pojechali na miejsce. Rudnicki wiedział, że to miejsce w latach 70. było już badane przez archeologów, ale wtedy na nic nie natrafiono. Tym razem efekt był imponujący: znaleźli ponad tysiąc zabytków. Okazało się, że obok austriackiego Roseldorf i czeskich N'meic na Morawach to pod względem ważności trzecia osada celtycka z III i II wieku p.n.e. w Europie Centralnej.

Rudnicki: - Odkrycie było możliwe dzięki amatorom i ich wykrywaczom metalu.

Wielgus: - Nowa Cerekwia była przełomem. Niektórzy archeolodzy zapraszają nas teraz do współpracy.

Skarby oddać skazanemu!

Co województwo, to inny obyczaj. W konińskim muzeum poszukiwacze skarbów pokazali swoje kolekcje monet i biżuterii. Lech Stefanik, dyrektor muzeum, chwali poszukiwaczy: - Robimy dla nich szkolenia, dostają zezwolenia od konserwatora zabytków. Gdy opadły wody w zbiorniku retencyjnym Jeziorsko, pierwsi nas poinformowali. Znaleźliśmy tam ślady pochówków łużyckich. A w Zachodniopomorskim, gdy jeden z poszukiwaczy wykopał 50 fenigów i zaniósł je do wojewódzkiego konserwatora zbytków, dostał pismo z pouczeniem: "Moneta aluminiowa o nominale 50 fenigów nie jest zabytkiem archeologicznym. Jednocześnie informuję, że poszukiwania ukrytych zabytków wymagają pozwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków". - Gdzie tu konsekwencja? Moneta leżała pod ziemią, więc zgodnie z definicją jest zabytkiem! - śmieją się poszukiwacze.

Koło Głubczyc na Opolszczyźnie policja zatrzymała mężczyznę, który chodził po polu z wykrywaczem metali. Uznano go winnym poszukiwania przedmiotów zabytkowych bez zezwolenia i ukarano grzywną 300 zł. Sąd kazał jednak zwrócić oskarżonemu wszystkie znalezione przy nim przedmioty: monety, żółtą obrączkę, klamerki, łyżki i siekierki.

- Skazany, a wykopane rzeczy mógł zabrać? - dziwią się poszukiwacze skarbów. Do kilku wojewódzkich konserwatorów zabytków wysłali prośbę o wykaz miejsc, na które nie mogą wchodzić z wykrywaczami metali. Lubuski konserwator odmówił. No bo jaką ma gwarancję, że poszukiwacz, który znajdzie skarb, zamiast oddać znalezisko, nie sprzeda go na czarnym rynku?

We Włoszech wykrywacze zakazane

Jacek Pierzak, archeolog z biura wojewódzkiego konserwatora zabytków w Katowicach: - Pod Mokrą amatorzy znaleźli cmentarzysko z IV-V w. n.e. Groby wojowników pełne były mieczy, ostróg, włóczni. Skarby, owszem, zanieśli do muzeum w Częstochowie, ale chcieli je sprzedać! Tamtejszy konserwator skierował sprawę do prokuratury. Została umorzona ze względu na niską szkodliwość. Amatorzy tymczasem wrócili pod Mokrą i dalej kopali. Skończyło się w sądzie, amatorzy dostali wyroki w zawieszeniu, a przedmioty trafiły do muzeum - mówi Pierzak.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10
  • 4
  • 4
  • 44 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':