Marian, Grzegorz i Ewa kiedyś byli bezdomni. Gdy w zeszłym roku odwiedził ich fotograf, powiedzieli mu:
- Zaprzepaściłem wiele życiowych szans. Od 13 lat myślę trzeźwo, bo wiem, że jestem potrzebny. (Marian)
- Nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Straciłem dom, straciłem rodzinę. Teraz rodzina, dom i praca są dla mnie wszystkim. (Grzegorz)
- Chodziłam z opuszczoną głową. Nie miałam nic. Zdobyłam pracę, mieszkanie - żyję godnie. (Ewa)
Fotograf umieścił ich zdjęcia w kalendarzu. Znalazł dziewięciu kolejnych bezdomnych, którym udało się znaleźć pracę i zacząć od nowa. Każdą fotografię podpisał ich słowami.
Kalendarze trafiły na biurka szefów 700 firm w Polsce. Mają ich przekonać, że każdemu warto dać szansę.
Maj: Grzegorz, 51 lat - Drugi raz już nie nawalę Bezdomnym stałem się w 1993 r. Po rozejściu z małżonką. W chorobie alkoholowej podpaliłem nasze mieszkanie. Dostałem wyrok. Wyszedłem z zakładu trzy lata później. I już nie miałem gdzie wrócić. Mieszkanie spłonęło, rodzina dostała zastępcze, ale mnie eksmitowali.
Żałowałem, że podpaliłem. Ale wtedy inaczej nie mogłem. Eksmałżonka nie pracowała, ja utrzymywałem rodzinę. W budowlance robiłem, w transporcie trochę. Ona szlajała się. Wie pani, co to za kobieta? Czwórka dzieci, trójka ojców. To dużo mówi, no nie? Kiedyś jej powiedziałem: "Jak nie wrócisz do 17, to mnie u wariatów szukaj". Miałem rękę w gipsie, nawet ziemniaka sam obrać nie mogłem, a jej nie było. Nie zdążyła do 17. To podpaliłem. Myślałem: odejdę i nic jej nie zostawię. Dopiero jak wytrzeźwiałem, zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę dzieciom największą krzywdę zrobiłem.
Przez cztery lata po odsiadce tułałem się. To u siostry, to u kuzynki. Piłem. W końcu wylądowałem na działkach. Zimno. Pod koniec grudnia 2000 r. trafiłem do noclegowni Towarzystwa św. Brata Alberta we Wrocławiu. Z wysoką gorączką, kolejnym zapaleniem płuc. Osiem razy zapalenie miałem.
Byłem słaby, chciałem zostać w noclegowni, ale kierownik powiedział: "dobrze, tylko zrób coś ze sobą". Ja na to: "OK, przestanę pić". On: "to za mało".
Poszedłem na terapię. W walentynki odstawiłem kieliszek. Nie było ciężko. Od razu zatrybiłem, o co w tych uzależnieniach chodzi. Motywację miałem, cel - osiągnąć mieszkanie i odzyskać kontakt z córkami.
Mam dwie córki. Jedna biologiczna, druga - nie. Kinga ma 30 lat, Ania - 24. Teraz są szczere, ufne, wiedzą, że mogą na mnie polegać, że nie zawiodę. Między Bogiem a prawdą, to myślę, że są ze mnie dumne. Ich matka wciąż jest uzależniona od alkoholu.
Ja od tamtych walentynek do kieliszka nie zajrzałem. Szukałem pracy. Ale nie miałem adresu stałego, a taki to na pewno brudny i pije. Wie pani, ludzie tak myślą. Nie umiałem wytłumaczyć, że ja po prostu kiedyś tam w życiu zawaliłem sprawę i że drugi raz już nie nawalę.
Dorabiałem u kumpla. Żabki, te sklepy, montowałem. Miałem rentę i zasiłki z MOPS-u.
Potem zaczęło się układać. Pięć lat temu dostałem mieszkanie: socjalne, 15 metrów 30 centymetrów. Potem pracę dał mi kierownik noclegowni. Znał mnie, wiedział, że nie piję, że się staram. Otwierali wtedy pralnię, taką dla mieszkańców i dla ubogich z miasta. Żeby sobie wyprali i wysuszyli.
Najpierw była umowa na trzy miesiące. Szczęście. Praca dobra, ciepło, spokojnie. Z ludźmi można pogadać. Taka praca w sam raz na moje zdrowie. Nie mogę dźwigać, mam przewlekły nieżyt oskrzeli, w dwóch miejscach kręgosłup mi pękł.
W styczniu zeszłego roku podpisałem umowę na czas nieokreślony. I przeprowadziłem się do dwa razy większego
mieszkania. 30 metrów! Na święta miałem u siebie wnuki.
Luty: Ewa, 42 lata - Nie los, ale ludzie dali mi szansę Pracuję na Uniwersytecie Wrocławskim. Co robię? No jak to co? No, sprzątam. Dwa lata minęło.