Gdy wspinałam się po raz pierwszy na piętro przedwojennej czynszówki - opowiada Marta - stanęło mi przed oczami dziecięce wspomnienie z wakacji: plac za miastem, tabory i śniadzi ludzie. Budzili ciekawość, ale rodzice szybko zamienili ją w lęk. Gdy pukam do odrapanych drzwi, o Cyganach wiem tyle co każdy: w PRL-u siłą zmuszono ich, by zrezygnowali z życia koczowników. Kobiety wróżą, sprzedają kołdry i perfumy po domach, faceci, którzy do niedawna naprawiali kotły i patelnie, dziś robią "interesy". Dzieci nie chcą się uczyć, rodzice zamiast do szkoły posyłają je na żebry.
Martę muszę długo namawiać, aby zgodziła się opowiedzieć o dziesięciu miesiącach, które spędziła w romskim domu. - Co w tym niezwykłego? - broni się. - Czuję się, jakbym ich zdradzała.
Przekonałam ją, że swoją opowieścią pomoże zwalczyć stereotyp. Dla znakomitej większości Polaków Rom to brudas i złodziej.
Gdy pukałam pierwszy raz
- Pani Marto, nie mam dla pani etatu, ale jak przez rok będzie pani uczyć dwójkę Romów, to za rok coś się znajdzie - tak mi powiedział dyrektor latem zeszłego roku.
- I co?
- Poszłam, chciałam być nauczycielką. Na pierwszej lekcji, gdy wychodziłam do łazienki, zastanawiałam się, czy nie zabrać ze sobą torebki. Teraz się tego wstydzę, ale wtedy myślałam: A co tam, mam niewiele kasy, nawet jak mi skubną - przeżyję. Nic nie zginęło, było mi głupio.
- Jacy są?
- Cyganie? Kapitalni, ale niech nikt nie ma złudzeń, że marzą o naszym życiu. W swoim są szczęśliwi.
- Te młode kobiety w przejściach podziemnych, które tulą niemowlaki, proponując wróżby?
- Kobiety handlują albo wróżą, ale nasze wróżki też wciskają kit za pieniądze. Zamiast oceniać, lepiej przyjąć Cyganów takimi, jacy są. Nie musimy ich lubić, zresztą im na tym nie zależy, ale przyzwoicie byłoby ich zaakceptować. W końcu w Polsce jest zaledwie 30 tys. Cyganów. Na prawie 40 milionów Polaków.
- Trudno zaakceptować brudne, żebrzące maluchy.
- Te obdartusy na ulicach to nie są Polacy. To Rumuni. Cyganie się ich boją, bo nie mają żadnych zasad. Polski Cygan, który zaniedbuje dzieci lub - nie daj Boże - chce, aby zarabiały na rodzinę, jest karany przez króla i starszych. Dziś już to wiem, ale gdy pukałam po raz pierwszy do odrapanych drzwi, byłam święcie przekonana, że wyląduję wśród zalatujących dymem kobierców, krzyku niemowlaków i stada starych bab, z których każda będzie chciała mi powróżyć. Każde kolejne spotkanie obalało mity.
- Dlaczego mówisz Cyganie, a nie Romowie?
- Cygan? A co w tym złego.
Pierwszy mit: brudasy
- Nabieram powietrza i pukam. W brzuchu wiatrak: Czy mnie zaakceptują? Czy dam radę? Otwiera Ramona, mama Marko i Jaelli. Ojciec w"pracy". Nigdy nie dowiedziałam się, co robi. - Dzień dobry - uśmiecha się. - Dzieci, pani przyszła! Ramona ma 35 lat, ale wygląda na 50. Lat dodaje ciemne ubranie, długa marszczona spódnica - kilogramów. Jak wszystkie zamężne Cyganki musi mieć długie włosy, nie może odsłaniać nóg i się malować na co dzień. Gdy trzeba pokazać się przed krewnymi, pojawiają się mieniące tęczą kolory i kilogramy złota.
- Gdy obejrzałam wideo z komunii, zrozumiałam dlaczego. Dużo trudu trzeba, by wyróżnić się z tłumu. Do stołów zasiada kilkuset gości - opowiada Marta. - Ale za pierwszym razem zwróciłam uwagę na porządek. Byłam zaskoczona, że u Cyganów jest tak czysto. Zerknęłam do kuchni, a tam glanc, można jeść z podłogi. Dla zamożniejszych Romów synonimem dobrobytu jest samochód i zadbany dom. Skórzane kanapy, wielki telewizor, kafelki na ścianach i mikrofala. U Ramony są gładkie beżowe ściany, sypialnia w stylu Ludwika XVI, na ścianach Matka Boska, Jezus i Święta Rodzina. Nie wymieniła okien, grzeje piecami kaflowymi i farelką, ale co pół roku maluje, bo jest jej brudno.
U sąsiadów nie jest tak ładnie - w robotniczej dzielnicy zbudowanej na obrzeżach Gdańska na początku XX wieku zostali ci, którym wżyciu się nie powiodło. W latach 80. pasły się tu jeszcze krowy, a ludzie hodowali w małych szopach świnie. Gdy nieopodal pobudowali bloki, na niejednym balkonie lokatorzy trzymali kury.
Cyganie nie mieszkają w blokach, zajmują lokale socjalne w starych czynszówkach. Większość dawno pogubiła tynki, a w sklepach, które przed laty należały do kupców i rzeźników, usadowiły się małe spożywczaki i lumpeksy.
Źródło: Gazeta Wyborcza