Pewnego dnia młody menedżer w drodze do ważnej posady pomyślał, że chciałby na swoim osiedlu posadzić drzewo. I nie potraktował tej myśli jak fanaberii, co wywołało wkrótce poważne skutki. Na warszawskich Kabatach wystąpiły zjawiska szerzej nieznane badaczom polskich osiedli: nielegalne czyny społeczne, sąsiedzkie pospolite ruszenie, wybuchy zbiorowego entuzjazmu i publiczne okazywanie życzliwości. Na fali tych uniesień powstał niewielki park. Pieprzu, tej pozytywnej do szpiku kości historii, dodaje to, że ciągle dzieje się na granicy prawa, a nawet zupełnie poza nim.
Początek końca epoki rozsądku
Zaczęło się wiosną ubiegłego roku. Wtedy Jacek Powałka, bo tak się nazywa menedżer, posadził samowolnie przed blokiem kilka drzew.
Jacek ma 32 lata, jest absolwentem jednej z najlepszych w kraju prywatnych uczelni Wyższej Szkoły Biznesu - National-Louis University w Nowym Sączu, specjalistą od zarządzania, szczególnie od strategii lojalnościowych.
Zaraz po maturze chciał być aktorem. Oblał egzamin w krakowskiej szkole teatralnej. Zasiadającej w komisji Annie Dymnej miał powiedzieć, że jak już będzie miał swój własny teatr, to jej w nim nie zatrudni.
W 1998 roku przyjechał do Warszawy robić karierę. Trudno nie było, tak naprawdę jechał na gotowe. Rekomendacje z uczelni miał takie, że wysoko płatne stanowisko dostał, zanim zjawił się w stolicy.
Od czterech lat mieszka na Kabatach, nowym osiedlu uważanym za jedno z lepszych miejsc w mieście. Tuż przy stacji metra.
Kiedy się tu wprowadził i spojrzał przez okno, zobaczył - między blokami i dwupasmową aleją Komisji Edukacji Narodowej - pusty obszar, rzecz raczej rzadką na gęsto zabudowanych Kabatach. Na skraju tego pobudowlanego klepiska sterczała z ziemi betonowo-metalowa konstrukcja przypominająca wejście do bunkra - nawietrznia tunelu metra. Przez kilka ładnych lat na placu nie działo się nic. Mieszkańcy wydeptali tylko ścieżki do metra.
Dziś widać tu rzędy młodych drzew, krzewów i zarys alejek. Bardzo mały, młody park - jeszcze w budowie.
Mieszkańcy mówią, że gdyby nie Jacek, nadal byłoby klepisko. Gdy posadził swoje pierwsze drzewo, na placu umieścił plakat. Niewielki, zafoliowany przyciągał tytułem: "Tu będzie zielony skwer".
Dalej był apel: "Drogi sąsiedzie, ludzie rozsądni przystosowują się do świata, jaki zastali. Ludzie nierozsądni zmieniają świat do własnych potrzeb. Zatem wszelki postęp jest dziełem ludzi nierozsądnych - mawiał George Bernard Shaw. Zachowywałem się rozsądnie przez ponad trzy lata w sprawie tego kawałka zapomnianej, choć porządnie wydeptanej łąki. Kontaktowałem się z gminą Ursynów, która w tym czasie miała różne ciekawe pomysły w tej sprawie, np. budowa stacji benzynowej".
Rozpatrzymy za siedem lat
Jacek tak wspomina rozmowy z urzędnikami:
Jacek: - Na co jest przeznaczony ten pusty teren?
Urzędniczka I: - Na wysokie budownictwo.
Jacek: - Ale tu przechodzi metro.
Urzędniczka I: - No to może będą niskie pawilony. A może stacja benzynowa.
- Rozumiesz? Stacja benzynowa! - wykrzykuje Jacek. - To mi wystarczyło.
Postanowił przyspieszyć plany. Dzwoni do kolejnej urzędniczki.
Jacek: - Chcę posadzić na placu drzewa.
Źródło: Gazeta Wyborcza