Na zaśnieżonej polanie pod Kopieńcem, niedaleko Doliny Olczyskiej, w bardzo mroźny lutowy dzień Jan Polak, leśnik Tatrzańskiego Parku Narodowego i górski ratownik ochotnik, zauważa ślady człowieka. To nie jest miejsce spacerów turystów. W szałasie pasterskim znajduje wychłodzonego i wygłodzonego mężczyznę z odmrożonymi stopami. Ma tylko kurtkę i polarowe spodnie. Okrył się starymi szmatami i kołdrami, pozostawionymi tu przez baców. Nazbierał też sopli, którymi choć na chwilę mógł zaspokoić pragnienie i głód.
- Chciałem się zabić - szepcze do leśnika. Pytany, czy jest bezdomny, potakuje głową.
Jak rudobrody Chrystus Tego dnia i przez kilka następnych, wiele więcej nie powie. Ani jak się nazywa, ani skąd jest. Na pytania w zakopiańskim szpitalu odpowiada tylko pojedynczymi słowami: "boli", "lepiej", "nie pamiętam". Po każdym pytaniu przesuwa wzrokiem, jakby szukał w głowie odpowiedzi.
- Na początku prawie się nie poruszał. Kiedy puszczaliśmy telewizor, tylko tak wodził oczami. Ja to mu nawet kilka portretów narysowałem, bo z tą brodą jak Chrystus wyglądał. Takie oczy cierpiące - opowiada jeden z pacjentów, który dzielił z nim szpitalną salę.
Jego zdjęcia obiegają wszystkie polskie media. Ale też słowackie. Widać wychudzoną twarz rudobrodego. W zakopiańskiej komendzie rozdzwaniają się telefony. Policjanci sprawdzają kilka wersji. Wreszcie dzwoni rodzina z Mazur, ale nie jest pewna, czy to ich Włodek.
Na zdjęciach zrobionych kolejnego dnia przez policję mężczyzna jest już ogolony. W Węgorzewie nie mają już wątpliwości. Rozpoznała go matka i siostra. Mówią, że z ich Włodkiem cały czas działo się coś dziwnego, odkąd wrócił z wojny w Iraku.
Żołnierz PR-owiec Nikt ze znajomych nie pamięta, co Włodzimierz N. robił na misji w Libanie. Żołnierze śmieją się tylko, że ta misja pod egidą ONZ nazywana jest dzisiaj "turnusem wypoczynkowym". To nie to co Afganistan, gdzie każdy wyjazd na patrol skończyć się może wjechaniem na ajdika, czyli minę pułapkę, albo ostrzałem partyzantów.
Lepiej pamiętają go, gdy do
Bydgoszczy, do "Czarnych pająków", czyli Centralnej Grupy Działań Psychologicznych, przyjechał ze szkoły podoficerskiej w
Poznaniu. - Miły, spokojny, grzeczny, ambitny - tak pamięta chorążego N. jego dowódca płk Marek Dragan. - Bardzo chciał wyjechać do Iraku. Żądny nowych doświadczeń, zafascynowany kulturą arabską, świetnie znał angielski i uczył się arabskiego.
Koledzy pamiętają, że płacił nawet za prywatne lekcje arabskiego. - W ogóle to on miał swój świat. Opowiadał, że chce pojechać do Ameryki Południowej, fascynowali go tamtejsi Indianie - mówi jeden ze znajomych Włodzimierza N., dzisiaj na misji w Afganistanie.
Co 25-letni Włodzimierz N. robił w Iraku w 2003 roku? PSYOPS, czyli Centralna Grupa Działań Psychologicznych, została stworzona do robienie "piaru" dla wojska wśród lokalnej społeczności. Produkowali i kolportowali ulotki, wkładki do gazet, prowadzili audycje w rozgłośniach radiowych, nawet przygotowywali telewizyjne spoty. - Mieliśmy pokazać miejscowym, że wojsko nie przyjechało okupować ich kraju, ale żeby im pomóc - wyjaśnia płk Dragan, który wtedy, w czasie I zmiany polskiego wojska w Iraku dowodził grupą PSYOPS. Był więc bezpośrednim przełożonym Włodzimierza N. - Jego zadania polegały na analizie zdobywanych informacji o skutkach naszych działań. Robota za biurkiem, sztabowa. Bo my nie byliśmy od walki. Moi ludzie wyjeżdżali w teren tylko wtedy, gdy było bezpiecznie. Włodek dobrze się ze swojej
pracy wywiązywał. Przygotował nawet badania opinii publicznej na temat obecności naszego wojska w Iraku.
Koledzy Włodzimierza N. mówią, że jedyną "bombą", na jaką trafił w Iraku, było odkrycie rakiet "Roland". Ta wybuchła jednak nie w Iraku, ale w kraju, bo polski rząd ogłosił, że pociski te zostały wyprodukowane we Francji w czasie obowiązywania międzynarodowego embarga na dostawy broni do Iraku, wywołując tym międzynarodową awanturę. A Włodzimierz N. po prostu przywiózł na miejsce odkrycia irackich dziennikarzy.
- Traumatycznych przeżyć w Iraku na pewno nie miał - konkluduje płk Dragan.
Ale to właśnie na tej misji Włodzimierz N. zaczął się zachowywać "dziwnie". Koledzy mówią: zamykał się w swoim świecie. Na długie minuty "wyłączał się", patrzył w jeden punkt, nic do niego nie docierało. Taki zamyślony był. I nie przeszkadzało mu nawet to, że mieszkał w wieloosobowym namiocie, w którym cały czas ktoś opowiadał o rodzinie, planach na przyszłość. Włodek o sobie ani o rodzinie jednak nie opowiadał. Tylko o tych Indianach. Wiadomo było tylko, że kawaler, że z Węgorzewa i że ma ojca, matkę i siostrę.
Koniec z armią, lepsi Indianie Półtora roku po powrocie z Iraku świat Włodzimierza N. się posypał. W 2006 roku komisja lekarska stwierdziła, że do armii już się nie nadaje. Dostał kategorię "E" - niezdolny do służby wojskowej - i rentę, na początek na dwa lata. Powód? Zdiagnozowana padaczka.
Kolega z wojska snuje domysły: - Poczuł się odrzucony, bo wojsko, z którym był związany od czasów szkoły podchorążych przez ponad dziesięć lat, przestało się nim interesować. To było całe życie. A dostał jedynie groszową rentę, która go tylko upokarzała. Ambicja i honor nie pozwalała mu w takiej sytuacji kontaktować się z dawnymi kolegami z wojska. A przecież był wyszkolony, znał angielski i arabski. Dlaczego nie pozostawiono go w wojsku, nawet jako rencistę, by z takim doświadczeniem mógł szkolić innych?
Inny znajomy chorążego N.: - Dowódca proponował mu nawet, żeby został w wojsku jako pracownik cywilny. On się chyba honorem uniósł. Odmówił i powiedział, że wyjedzie do tych Indian.
Co się działo z Włodzimierzem N. po powrocie z Bydgoszczy do rodzinnego Węgorzewa, wie tylko jego rodzina, która jednak strzeże tajemnicy byłego żołnierza PSYOPS. I trochę lekarze szpitala na Szaserów w
Warszawie, którzy leczą mu teraz kończyny. Ale obowiązuje ich "embargo". Rodzina, widząc kamery telewizyjne przed wjazdem do szpitala, zapowiedziała jego dyrekcji i przedstawicielom MON, żeby nie udzielali mediom żadnych informacji.