Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Rozmowa z Anną Marią Dukat
Małgorzata Kolińska-Dąbrowska: Co się stało dziewięć lat temu? Anna Maria Dukat: Praktycznie zginęłam w wypadku samochodowym.
Grudzień 2002 roku. Mam 25 lat. Jestem mężatką. Syn jest malutki. Od niedawna pracuję w firmie pośrednictwa finansowego jako dyrektor do spraw kredytów. Tworzę ogólnopolski system obsługi kredytowej. Moja kariera zawodowa nabiera rozpędu. Właśnie rozpoczynam szkolenia współpracowników. Pierwsze na Pomorzu. Wraz z kolegą wsiadamy do służbowego auta i... poślizg - wbijamy się w tył stara. Sekundy zmieniają całe moje życie.
Co to znaczy? - Od tego dnia jestem osobą niepełnosprawną. Tracę pracę, męża, nie mam z czego żyć.
Miałam wieloodłamowe złamania czaszki, obrzęk mózgu. W -warszawskim szpitalu na ul. Lindleya trzy tygodnie walczyli o mnie. Gdy się -wybudzi-łam ze śpiączki, myśleli, że nie będę widziała, że będę roślinką. Widzę. Chodzę. Nie straciłam pamięci. Nie ma ubytków inteligencji. Pamiątką po wypadku są blizny nad nosem i lekko zdeformowane czoło, uszkodzony mózg i guz tuż obok nerwów wzrokowych.
Co było dalej? - Po zakończeniu rehabilitacji chciałam wrócić do pracy. Nie przyjęli. I tak zostałam z małym dzieckiem całkowicie bez środków do życia. Potem mąż odszedł.
Dlaczego? - Po prostu się popsułam, więc nie byłam mu potrzebna. Tak to czuję. Zrzekł się też praw do syna.
Wychowanie syna, dom, praca, dojeżdżanie z Legionowa do Warszawy - wszystko na pani głowie. - Łącznie z kredytem mieszkaniowym. Bogu dzięki, że rodzina -pomaga spłacać. Żyję jak każda samotnie wychowująca
dziecko matka. Zaraz po wypadku rodzice zaproponowali, żebym z nimi zamieszkała. Powiedziałam: nie. Chcę być samodzielna. Jeślibym utknęła u nich, nie skończyłabym studiów, nie rozpoczęła doktoratu i nie założyłabym swojej firmy. A po latach zostałabym sama z synem bez środków i perspektyw. Tak żyje wielu niepełnosprawnych. Rodzina roztacza nad niepełnosprawnymi taką ścisłą opiekę, że stają się zupełnie niesamodzielni. A państwo w usamodzielnianiu się też nie pomaga. Pozostają do końca życia na dziadowskiej rencie lub łasce pomocy społecznej. Boję się -tego.
A z czego pani żyje? - Z renty inwalidzkiej. PZU płaci mi też zasiłki rentowe, bo procesuję się o pełne odszkodowanie. Dostałam jedynie 24 tys. zł. Mam też alimenty na dziecko. To, co zarobię w firmie, ledwie pokrywa składki i opłaty. Jest ciężko. Po wypadku nawet nie pomyślałam o rencie. Szukałam pracy. Bezskutecznie. Niedoszłych pracodawców odstraszało, że muszę pracować w specjalnych warunkach. W końcu pomyślałam: pójdę po rentę do ZUS-u. Złożyłam dokumenty i dostałam odmowę. ZUS-owscy orzecznicy uznali, że jestem zdolna do pracy.
Słucham?! - Też się zdziwiłam. Odwoływałam się dwa razy, i nic. Skierowałam pozew do sądu. Trwało miesiącami. Psychicznie nie wytrzymywałam. Ośrodek pomocy społecznej wypłacał mi zasiłki na dziecko i leki. Wreszcie dostałam rentę.
Stałą? - Skądże! Na trzy lata. Zaraz sprawdzę, od kiedy do kiedy.