Ostatnie dwa tygodnie Krzysztof Rutkowski, choć zasłonięty ciemnymi okularami, wypełniał ekrany telewizorów. Powód: "rozwalił" - jego słowo - Katarzynę W., matkę półrocznej Magdy. Podejrzewał, że kłamała na temat porwania córki i aby ją złamać, posłużył się "prowokacją" - naciskał na badanie wykrywaczem kłamstw, podstawił fałszywych świadków. "Powiedzą, że kłamiesz, i siedzisz" - mówił. Kobieta pękła.
- Chciałem pomóc - tłumaczył po fakcie Rutkowski. Aby zaraz kpić z policji i triumfować, „udało nam się wskazać sprawcę
”. Zagaduję Jacka Bochińskiego, adiunkta z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy, o sprawę Magdy z Sosnowca.
- Rutkowski próbuje odbudować swoją firmę, która kiedyś była imperium, a od paru lat niewiele o niej słychać. Pomaga sobie, nie komuś - mówi Bochiński.
Rozpoznanie w świetle księżyca Historyk sztuki Bochiński może nie być obiektywny. Ale tym, którzy mają Rutkowskiego za supermena, warto przypomnieć jego sprawę.
Jeszcze przed Sosnowcem - rzekomym porwaniem i śmiercią Magdy - Bochiński napisał do mnie list: "Właśnie minęło 10 lat od chwili, gdy mój poukładany, bezpieczny świat w jednej chwili został wywrócony na opak. Ze spokojnego muzealnika stałem się groźnym bandytą, którego należało izolować. W lecie 2001 r. złamany bezsilnością napisałem z aresztu do pana list (...)".
Ten pierwszy list pamiętam doskonale. Naukowiec muzealnik, absolwent Akademii Teologii Katolickiej, niedoszły ksiądz pisał, że siedzi w areszcie podejrzany o napad z bronią w ręku. Napad w przebraniu policjanta na szosie pod Grójcem. Miał obrabować (z 95 tys. zł) dwoje handlarzy kożuchami z bazaru na dawnym Stadionie Dziesięciolecia: Elżbietę i Tadeusza K.
W liście sprzed 10 lat Bochiński pisał o kafkowskim podejrzeniu, przed którym nie potrafił się bronić.
Dla prokuratury sprawa była prosta - pokrzywdzeni rozpoznali podczas okazania w śledztwie dwóch napastników: historyka i znajomego jego brata, Janusza Ś. Brat historyka mieszkał po sąsiedzku z handlarzami. Więc jakoś się to składało.
W reportażu "Rozpoznanie w świetle księżyca" opisałem, że gdyby prokurator chciał sobie zadać trud, odkryłby, że w tej sprawie nic się nie składa. Nawet taki szczegół, że napastnicy widziani byli w świetle księżyca, a tej nocy księżyc był w nowiu.
Pokazałem też, że nie byłoby oskarżenia historyka, gdyby nie "pomoc" detektywa posła Krzysztofa Rutkowskiego.
Jeżeli coś nie tak, to ja przepraszam Jesienią 2001 r. Rutkowski - już gwiazda mediów - był też posłem z list Samoobrony. "Jest wieczór, siedzimy w foyer Domu Poselskiego. Co minutę koledzy posłowie zaczepiają detektywa. Gdy przechodzi przewodniczący Andrzej Lepper, Rutkowski wstaje pierwszy. Rozmawiamy o napadach metodą >>na policjanta<<" - pisałem.
I dalej, że Rutkowski natychmiast przypomina sobie napad pod Grójcem. "Przekazaliśmy bardzo dużo materiałów do komendy wojewódzkiej w
Radomiu i wydziału wewnętrznego Komendy Głównej. W tej sprawie są niesamowite powiązania, jeśli chodzi o stołecznych policjantów - zapala się".
Na spotkanie Rutkowski przyniósł dwa kwity, dwie notatki. Dotyczyły brata historyka Adama B. (byłego policjanta), jego konkubiny i jej byłego męża Tomasza O. (policjanta z wydziału do walki z terrorem kryminalnym, specjalisty od porwań). Ich "podejrzanych kontaktów". I relacji między bratem historyka a obrabowanymi, czyli sąsiadami przez płot w Zielonce pod Warszawą.
Kluczowe zdanie z notatek Rutkowskiego: "Podczas napadu pokrzywdzony rozpoznał jednego ze sprawców jako brata Adama B. po głosie".
- Na ile pana informacje są wiarygodne? - pytałem w 2001 r. posła detektywa.
- Na 100 proc. Ja się nie mylę. Jeśli ładuję kogoś za kraty, biorę za to odpowiedzialność - odpowiada.
- Wie pan, kto poszedł siedzieć?