http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rykoszety Rutkowskiego

Bogdan Wróblewski
2012-02-15, ostatnia aktualizacja 2012-02-15 11:42

Krzysztof Rutkowski wychodzi z prokuratury okręgowej
Krzysztof Rutkowski wychodzi z prokuratury okręgowej
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta

Rutkowski próbuje odbudować swoją firmę. Pomaga sobie, nie komuś - mówi historyk sztuki wytypowany przez detektywa Rutkowskiego na bandytę

Krzysztof Rutkowski
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Krzysztof Rutkowski
Ostatnie dwa tygodnie Krzysztof Rutkowski, choć zasłonięty ciemnymi okularami, wypełniał ekrany telewizorów. Powód: "rozwalił" - jego słowo - Katarzynę W., matkę półrocznej Magdy. Podejrzewał, że kłamała na temat porwania córki i aby ją złamać, posłużył się "prowokacją" - naciskał na badanie wykrywaczem kłamstw, podstawił fałszywych świadków. "Powiedzą, że kłamiesz, i siedzisz" - mówił. Kobieta pękła.

- Chciałem pomóc - tłumaczył po fakcie Rutkowski. Aby zaraz kpić z policji i triumfować, „udało nam się wskazać sprawcę”.

Zagaduję Jacka Bochińskiego, adiunkta z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy, o sprawę Magdy z Sosnowca.

- Rutkowski próbuje odbudować swoją firmę, która kiedyś była imperium, a od paru lat niewiele o niej słychać. Pomaga sobie, nie komuś - mówi Bochiński.

Rozpoznanie w świetle księżyca

Historyk sztuki Bochiński może nie być obiektywny. Ale tym, którzy mają Rutkowskiego za supermena, warto przypomnieć jego sprawę.

Jeszcze przed Sosnowcem - rzekomym porwaniem i śmiercią Magdy - Bochiński napisał do mnie list: "Właśnie minęło 10 lat od chwili, gdy mój poukładany, bezpieczny świat w jednej chwili został wywrócony na opak. Ze spokojnego muzealnika stałem się groźnym bandytą, którego należało izolować. W lecie 2001 r. złamany bezsilnością napisałem z aresztu do pana list (...)".

Ten pierwszy list pamiętam doskonale. Naukowiec muzealnik, absolwent Akademii Teologii Katolickiej, niedoszły ksiądz pisał, że siedzi w areszcie podejrzany o napad z bronią w ręku. Napad w przebraniu policjanta na szosie pod Grójcem. Miał obrabować (z 95 tys. zł) dwoje handlarzy kożuchami z bazaru na dawnym Stadionie Dziesięciolecia: Elżbietę i Tadeusza K.

W liście sprzed 10 lat Bochiński pisał o kafkowskim podejrzeniu, przed którym nie potrafił się bronić.

Dla prokuratury sprawa była prosta - pokrzywdzeni rozpoznali podczas okazania w śledztwie dwóch napastników: historyka i znajomego jego brata, Janusza Ś. Brat historyka mieszkał po sąsiedzku z handlarzami. Więc jakoś się to składało.

W reportażu "Rozpoznanie w świetle księżyca" opisałem, że gdyby prokurator chciał sobie zadać trud, odkryłby, że w tej sprawie nic się nie składa. Nawet taki szczegół, że napastnicy widziani byli w świetle księżyca, a tej nocy księżyc był w nowiu.

Pokazałem też, że nie byłoby oskarżenia historyka, gdyby nie "pomoc" detektywa posła Krzysztofa Rutkowskiego.

Jeżeli coś nie tak, to ja przepraszam

Jesienią 2001 r. Rutkowski - już gwiazda mediów - był też posłem z list Samoobrony. "Jest wieczór, siedzimy w foyer Domu Poselskiego. Co minutę koledzy posłowie zaczepiają detektywa. Gdy przechodzi przewodniczący Andrzej Lepper, Rutkowski wstaje pierwszy. Rozmawiamy o napadach metodą >>na policjanta<<" - pisałem.

I dalej, że Rutkowski natychmiast przypomina sobie napad pod Grójcem. "Przekazaliśmy bardzo dużo materiałów do komendy wojewódzkiej w Radomiu i wydziału wewnętrznego Komendy Głównej. W tej sprawie są niesamowite powiązania, jeśli chodzi o stołecznych policjantów - zapala się".

Na spotkanie Rutkowski przyniósł dwa kwity, dwie notatki. Dotyczyły brata historyka Adama B. (byłego policjanta), jego konkubiny i jej byłego męża Tomasza O. (policjanta z wydziału do walki z terrorem kryminalnym, specjalisty od porwań). Ich "podejrzanych kontaktów". I relacji między bratem historyka a obrabowanymi, czyli sąsiadami przez płot w Zielonce pod Warszawą.

Kluczowe zdanie z notatek Rutkowskiego: "Podczas napadu pokrzywdzony rozpoznał jednego ze sprawców jako brata Adama B. po głosie".

- Na ile pana informacje są wiarygodne? - pytałem w 2001 r. posła detektywa.

- Na 100 proc. Ja się nie mylę. Jeśli ładuję kogoś za kraty, biorę za to odpowiedzialność - odpowiada.

- Wie pan, kto poszedł siedzieć?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 20
  • 3
  • 3
  • 13
  • 38 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    46 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':