Ruiny kamienic, śmietniki i kanały ciepłownicze zaludniają się wieczorem. Skupy złomu są już wtedy zamknięte, kosze wyczyszczone z puszek i szklanych butelek, a przed galeriami handlowymi trudno już uzbierać nawet na najtańsze wino.
Dwie kołdry do szczęścia - Ponad 10 lat po tych ludziach jeżdżę - Jarosław Glanas z krakowskiej straży miejskiej wkłada do radiowozu wielki termos z herbatą i plastikowe kubki, po czym zatrzaskuje za mną drzwi. - Większość tych twarzy, które zaraz pan zobaczy, znam od wielu zim. Ale co roku kilku z tych ludzi ubywa, a na ich miejsce pojawiają się nowi.
- Najwięcej ubytków jest podczas takich mrozów jak dziś, czyli prawie 20 stopni - dodaje strażnik Kazimierz Słotwiński. - Jak bezdomni przetrwają zimę, to już żyją przez wiosnę i lato.
Miejsc, które każdego zimowego dnia strażnicy muszą skontrolować, jest w
Krakowie ponad 150. Mieszka w nich około 90 bezdomnych. Żaden z nich nie chce słyszeć o noclegowni czy schronisku, bo tam obowiązuje zakaz picia alkoholu.
Podjeżdżamy pod zrujnowaną kamienicę przy alei 29 Listopada. W środku zupełna ciemność. Przelatujące po korytarzu światło latarki odsłania sypiące się ściany i stropy. Gdy stawiamy kolejne kroki, rozlega się chrzęst miażdżonego szkła.
- Dobry wieczór, tu straż miejska, ile was tu jest? - pyta Jarosław Glanas, przedzierając się przez koce, które zastępują drzwi do jednego z pomieszczeń.
- Witamy! Piątka to już będzie jak
złoto - odpowiada wesoło mężczyzna, który siedzi przy piecu i dorzuca do niego stare szmaty.
- Dane dać? - spod czarnych od brudu kołder nagle zrywa się zdezorientowana
kobieta po pięćdziesiątce.
- Danych nie trzeba. Herbatę dla was mamy - uspokaja strażnik.
- Medalik, daj panom słoiki - kobieta woła do mężczyzny czuwającego przy piecu.
- Nie zaczadzicie się tutaj? - pytam, gdy dym zaczyna drażnić mi krtań.
- Damy radę - zapewnia Medalik. - Dopóki tak sobie siedzimy i palimy w piecu, jest dobrze. Ja z tematem śmierci jestem oswojony. W tamtym roku pochowaliśmy 10 kumpli, a miesiąc temu poszedł następny. Zachlali się albo umarli na trzeźwość.
- Czego wam brakuje? - pytam.
- Jeszcze dwie kołdry i będę szczęśliwa - rzuca kobieta.
- Potrzeba tylko wygranej w totka - zamyśla się Medalik. - Kupiłbym za nią dom na kółkach i wszyscy byśmy jeździli po Europie.
Gdy wracamy do radiowozu, pytam strażników, czy wszyscy bezdomni są tak radośnie nastawieni do życia jak Medalik.
- Ci z dłuższym stażem są już pogodzeni z losem i raczej niczego nie chcą zmieniać - wyjaśnia Glanas. - Nowi bywają agresywni, jakby jeszcze buntowali się przeciw życiu.
- Oni przeważnie twierdzą, że jest im dobrze - dodaje strażnik Słotwiński. - Rzadko kto narzeka. Kiedyś pytałem bezdomnego, jak sobie radzi z bólem zębów. Powiedział, że bierze płyn ze starych akumulatorów samochodowych i zakrapia chory ząb. Kwas wyżera korzeń, ząb wypada i powód do narzekania znika. Ale bywa gorzej. Na Podgórzu jest facet, któremu gnije noga. Fetor jest taki, że sąsiedzi nie mogą wytrzymać. On nie chce pomocy, jakby się pogodził z tym, że musi umrzeć. Nikt go na siłę uszczęśliwić nie może.