Katarzyna Bużańska, Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Myślę o szkole idealnej Czy potraficie wymienić stolice wszystkich krajów świata i pokazać je na mapie? Ja jeszcze kilka miesięcy temu umiałam. Bo nauczyłam się na test ze znajomości mapy. Teraz pamiętam najwyżej jedną czwartą. Może byłoby lepiej, gdybym o każdej dowiedziała się czegoś ciekawego, a jeszcze lepiej - odwiedziła dane miejsce. Może łatwiej byłoby mi zapamiętać, że stolicą Madagaskaru jest Antananarywa, gdyby ktoś mi opowiedział, co jada się tam na
śniadanie? Ale czy znajomość stolic świata będzie mi potrzebna w życiu? Czy osobie, która pasjonuje się ekonomią, potrzebna jest wiedza o budowie szkieletu człowieka? W mojej idealnej szkole można by wybierać kursy, na jakie ma się ochotę, i uczęszczać na nie w takim zakresie, w jakim jest to zgodne z twoimi zainteresowaniami. Jeśli z geografii interesuje cię tylko globalizacja, ale powstawanie tornad już nie, będziesz mógł chodzić tylko na część wykładów. A co z ocenami? Są przecież komputery - na podstawie obecności ucznia bez problemu można wygenerować test z wykładów, na których uczeń się pojawił.
W mojej idealnej szkole można by też w dowolnym momencie przerwać kurs lub zmienić poziom na wyższy, a nawet w ostatniej klasie zaczynać coś od zera. Byłyby też kursy z dziedzin niedostępnych w polskich szkołach, jak psychologia, ekonomia. Skąd brać nauczycieli? Mogą to być wykładowcy z uczelni, wyróżniający się absolwenci, a nawet studenci ostatniego roku. W mojej idealnej szkole nie zabrakłoby warsztatów. Teraz, gdy ktoś pasjonuje się gotowaniem czy szyciem i pójdzie do szkoły zawodowej, nie będzie mógł liczyć na wysoki poziom wykształcenia akademickiego. A co byłoby złego w tym, by praktyczny kurs z gotowania pojawił się obok wykładów z chemii organicznej?
Prace domowe byłyby nieobowiązkowe. Ale liczyłyby się do ogólnej oceny z przedmiotu. W ten sposób nikt nie byłby zmuszany do robienia czegoś, na co nie ma ochoty, ale byłby motywowany perspektywą lepszej oceny końcowej. Takim systemem nie dałoby się tylko uczyć matematyki i języków obcych, w których każda następna lekcja przecież opiera się na poprzedniej.
Oczywiście, nie każdemu taki elastyczny program musi pasować. Dla niektórych najlepszą motywacją są zewnętrzne wytyczne. Dlatego powinna istnieć możliwość wyboru standardowego trybu nauki - takiego, jaki jest teraz. Ale o ile ciekawiej byłoby, gdyby istniały obie alternatywy.
Wojciech Karcz, Student Wydziału Inżynierii Materiałowej Politechniki Warszawskiej* Myślę o kawiarni, w której można by dyskutować o matematyce Kiedy ostatni raz rozmawiałeś ze znajomymi o systemie edukacji w Polsce? Albo o tym, na ile jeszcze starczy nam ropy naftowej? Gdyby mierzyć miarką Facebooka, można by dojść do wniosku, że dla młodych ludzi liczy się jedynie to, by zrobić na imprezie fajne zdjęcie i być pierwszym, który je wrzucić do sieci. Czy kiedyś też tak było? Steven Johnson w książce "Skąd pochodzą dobre pomysły?" pokazuje, że dzięki powstaniu kawiarni jako nowego miejsca wymiany myśli ludzie zaczęli ze sobą dyskutować. Zdaniem autora to zjawisko przyczyniło się do powstania nowej epoki - Oświecenia. W kawiarniach spotykali się naukowcy, filozofowie, artyści. Pojawiały się nowe pomysły, idee, inspiracje.
Tradycja kawiarniana występuje też w historii Polski. Wystarczy wspomnieć przedwojenną kawiarnię Szkocką we Lwowie, w której spotykali się wybitni matematycy z Uniwersytetu Lwowskiego - Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam. Czasem dosiadali się do nich adiunkci czy zwykli studenci - w końcu ochotę na filiżankę pobudzającego naparu ma się bez względu na tytuł naukowy. Przy kawie tworzyli matematyczne łamigłówki, wymyślali problemy. Prawdopodobnie to podczas spotkań w Szkockiej powstały podstawy matematycznej analizy funkcjonalnej. Ale to było przed wojną. Czy teraz gdzieś w Warszawie jest kawiarnia, gdzie spotykają się ludzie, by dyskutować o matematyce? Ja przynajmniej nic o niej nie wiem. Dlatego postanowiłem urządzić "Burzę mózgów". To nieformalne spotkania, z których każde ma jakiś temat: kryzys gospodarczy, reforma edukacji, współczesna moda, UFO. Spotykamy się w podziemiach pawilonów przy Nowym Świecie i rozmawiamy. Takie burze mózgów można robić wszędzie - na ławce, na trawie, o ile jest sucha, w czyimś domu. Ważne jest zróżnicowane towarzystwo. Zresztą to akurat pojawia się samo. Na naszych spotkaniach w pawilonach zwykle dołączają się nieznajome osoby, które siedziały akurat w knajpie i zechciały dodać swoje trzy grosze. Steven Johnson nazywa to "liquid networks" - płynnymi sieciami tworzonymi przez przypadkowo spotkane osoby z różnych kręgów, które połączył jakiś wspólny temat. I dobra kawa.
Aleksander Horawa, Liceum im. I. Bergmana w Warszawie. ** Myślę o trudnościach w podejmowaniu decyzji By zrozumieć, jak zorganizowane są współczesne społeczeństwa Zachodu, przyjrzymy się eksperymentowi myślowemu zaproponowanemu przez Johna Rawlsa, amerykańskiego filozofa. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy embrionem i nie wiemy, kim będziemy po urodzeniu. Jednak niezależnie od tego, jacy będziemy - bogaci, utalentowani i inteligentni czy biedni i bez szczególnych zalet - chcemy być szczęśliwi. Jeśli więc posiadamy jakieś talenty, chcielibyśmy móc je rozwijać, ale jeśli los okaże się mniej pomyślny, chcielibyśmy żyć w dobrych warunkach. Zatem - jak konkluduje Rawls - musimy zapewnić wszystkim jak najszerszy dostęp do szkół, bibliotek, służby zdrowia itp. Ale u podstaw takiego systemu leży kolejne ciche założenie, że ludzie są... racjonalni. Otóż nie są.
Spójrzmy na eksperyment opisany przez psychologa Barry'ego Schwartza: w supermarkecie ustawiono dwa stoiska do degustacji dżemów. Na pierwszym na klientów czeka sześć rodzajów dżemu, a na drugim - 24 rodzaje. Intuicja podpowiada, że prawdopodobieństwo kupienia dżemu przez klienta, który stoi przed drugim stoiskiem, jest większe, bo wśród 24 łatwiej znaleźć mu dżem, który spełni jego oczekiwania. Jak się jednak okazuje, w pierwszym przypadku ze słoikiem w garści odeszło 30 proc. kupujących, a w drugim - tylko 3 proc. Liczba 24 była po prostu zbyt przytłaczająca i uniemożliwiała podjęcie decyzji. A przecież chodzi tu tylko o owoce i cukier. Co się stanie, jeśli będziemy musieli zdecydować o czymś bardziej skomplikowanym, np. o wyborze stypendium?
Dobry uczeń w warszawskim liceum ma ponad 20 różnych programów stypendialnych do wyboru! Czy będzie w stanie samodzielnie dokonać optymalnego wyboru? W efekcie, choć mamy w Polsce wielu utalentowanych uczniów, niewielu zgłasza się po stypendium. Jednym z możliwych rozwiązań byłoby wprowadzenie "łowców talentów" lub chociaż premiowanie nauczycieli za zgłaszanie uzdolnionych uczniów do programów. Zatrudnianie kompetentnych doradców może rozwiązać część problemów, ale... ciężko oczekiwać, by każdy z nas miał osobistego doradcę w każdej sytuacji.
Innym pomysłem jest odpowiednie operowanie tzw. defaultami. Weźmy dawstwo organów. Jeśli popatrzymy na wykresy przedstawiające liczbę osób, które wyrażają zgodę na pobranie ich narządów po śmierci, w poszczególnych europejskich krajach, okazuje się, że są dwie grupy: te kraje, w których ponad 90 proc. wyraża zgodę, i te, w których tę zgodę wyraża co najwyżej 20 proc. ludzi. Czy to ma związek z kulturą danego kraju? Tu intuicja nas zawodzi, bo chodzi o kraje kulturowo podobne (np. Holandia i Belgia,
Niemcy i
Austria czy Dania i
Szwecja). Przyczyna leży w formularzu, jaki otrzymują obywatele. W Danii na formularzu trzeba odhaczyć, że tak, zgadzasz się wziąć udział w programie dawstwa, zaś w Szwecji musisz zaznaczyć, że zgody na pobranie narządów po śmierci nie wyrażasz. Podejmowanie takich decyzji nie jest łatwe, więc ludzie na ogół nic nie zaznaczają i w ten sposób Szwedzi i Duńczycy, robiąc to samo, a właściwie nie robiąc nic, podejmują skrajnie różne decyzje. Ustawienie właściwego defaultu to żaden problem, więc może twórcy formularza podatkowego powinni się zastanowić, czy nie przeformułować sekcji o przekazywaniu 1 proc. na organizację pożytku publicznego. Oczywiście, powinniśmy mieć prawo być nieszczęśliwi, ale państwo nie musi nas unieszczęśliwiać defaultowo.
Więc choć ludzie zachowują się głupio, to często umiemy to przewidzieć i temu przeciwdziałać. A gdyby udało się nam choć w części pomóc ludziom w podejmowaniu rozsądnych decyzji, wszystkim żyłoby się lepiej.
Martyna Stysło, Liceum im. Stanisława Staszica w Warszawie. *** Myślę o korzyściach z zaangażowania społecznego Pro bono pochodzi o łacińskiego wyrażenia "pro publico bono", czyli "dla dobra społecznego". No dobrze, ale co ma się z tego dla siebie? Co na tym zyskam? O tym mówi się dość rzadko. Po pierwsze - będziesz mieć ciekawą pozycję w CV, która zwróci uwagę twoich pracodawców. Coś innego, od opanowanych języków, odbytych staży czy ukończonych kursów. Po drugie - nauczysz się planować. Szkoła, projekt, dodatkowe zajęcia i tylko jedno popołudnie. Dzięki pracy w inicjatywach doceniłam wartość czasu. Nie tylko swojego, ale też innych. Przestał mi przeciekać przez palce, a wszystkie wolne minuty nagle stały się niezwykle cenne. Kolejna rzecz - szybkie reagowanie na problem. Podczas pracy nad projektami to ciągłe ćwiczenia z myślenia koncepcyjnego. Pewnie nieraz trafisz na przeszkody i znajdziesz się w sytuacji, w której pod presją czasu będziesz musiał szukać rozwiązania. Tu przydaje się umiejętność myślenia poza schematami, wymiany pomysłów z innymi. Ale chyba nikt nie zaprzeczy, że takie umiejętności przydają się też w codziennym życiu.
To zyski, które zauważysz najszybciej. Ale niejedyne. Zyskasz znajomych - i to takich, z którymi fajnie jest też robić inne rzeczy, pójść na imprezę, na kawę, dzielić pasje. I ostatnie - poczucie, że się da. Gdy przychodzisz do nowej organizacji, jesteś pełen czy pełna optymizmu, energii do pracy. Potem są trudności, lepsze i gorsze dni. Ale na końcu się okazuje, że jednak się udało. To niesamowite. Co więcej, przechodzisz etapy stopnia aktywizacji - rozpoczynając od uczestnictwa, kończąc na inicjowaniu. Od czego zacząć? Ja zaczęłam od samorządu szkolnego i Centrum Edukacji Obywatelskiej. Potem związałam się z kołem naukowym UW - Klubem Debat i wspólnie zorganizowaliśmy V Mistrzostwa Polski Debat Parlamentarnych. Teraz jest program Tłocznia. Dobrym miejscem do szukania jest Facebook - wystarczy "polubić" fanpage danej inicjatywy i na pewno szybko znajdziemy projekt, w którym możemy sami wziąć udział i do niego dołączyć. Bo jeśli nie my, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?
TEDx - co to jest? Pierwsza konferencja pod marką TED powstała z inicjatywy Richarda Wurmana, amerykańskiego architekta, który zebrał w jednym miejscu przedstawicieli trzech ważnych dziedzin: technologii, rozrywki i projektowania (TED to skrót od Technology, Entertainment, Design). TEDx to formuła dla podobnych spotkań w wersji lokalnej. Pierwsza konferencja TEDx odbyła się w Polsce w 2010 r w Warszawie.
Spotkanie TEDxYouth@Warsaw odbyło się pod hasłem "Teraz twoja kolej!". Gościem specjalnym był Marcin Iwiński, współzałożyciel grupy CD Projekt, Przedsiębiorca Roku 2008 wg Ernst&Young, Człowiek Roku 2010 Polskiego Internetu, który opowiedział o swoich biznesowych porażkach.
* Prowadzi badania z zakresu dynamiki molekularnej. Jest pomysłodawcą spotkań dyskusyjnych "Burza mózgów" w podziemiach pawilonów przy Nowym Świecie w Warszawie. ** Interesuje się matematyką, filozofią i fotografią, gra na saksofonie. Laureat Olimpiady Matematycznej Gimnazjalistów, zdobywca nagród na konkursach fotograficznych, autor artykułów popularnonaukowych. Gra w futsal w pierwszoligowym zespole Mazovia FC. *** Początkująca aktywistka. Aktualnie związana z projektem stowarzyszenia Polska Młodych - Tłocznią.