To była największa demonstracja, jaką
Wielka Brytania widziała od lat. Do londyńskiego śródmieścia z całego kraju specjalnymi pociągami i autobusami przyjechało 250 tys. nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, urzędników i zwykłych robotników, by zaprotestować przeciwko drastycznym oszczędnościom, które planuje konserwatywny rząd Davida Camerona. By zbić gigantyczny
deficyt budżetowy do zera, rząd zdecydował się m.in. zwolnić pół miliona pracowników sektora publicznego.
Protest na początku przebiegał w spokoju, a 4,5 tys. policjantów zabezpieczających pochód nie miało nic do roboty. Związkowcy w płomiennych wystąpieniach zarzucali rządowi, że tnąc wydatki, rujnuje ludziom życie.
Potem jednak do głosu doszli lewaccy bojówkarze, którzy przebili się przez kordon policji i zaczęli rozbijać witryny luksusowych sklepów, demolować wnętrza znienawidzonych przez nich banków i rzucać w policjantów petardami oblepionymi monetami. Rannych zostało 35 osób, w tym kilku funkcjonariuszy. Aresztowano 200 osób. Zadymiarze wymalowali też graffiti na zabytkowych rzeźbach. - To był atak grupy kryminalistów, z którym nie mamy nic wspólnego - tłumaczyli potem przedstawiciele związków zawodowych, które organizowały protest.