Ogłoszony wczoraj przez brytyjskiego premiera plan budowy "Wielkiego Społeczeństwa" (Big Society) zakłada, że lokalne społeczności i organizacje charytatywne będą rządzić lepiej niż urzędnicy z Whitehall, czyli rządowej administracji. Wszystko dlatego, że - jak twierdzi konserwatywny szef rządu - ludzie z lokalnych społeczności "robią pewne rzeczy z pasji", której brakuje urzędnikom za biurkami w Londynie.
- Tu chodzi o wyzwolenie [społecznej energii], największą, najbardziej dramatyczną redystrybucję władzy ze szczebla elit w Whitehall do mężczyzn i kobiet z ulicy - zapewniał w Liverpoolu premier. Nie stroniąc od patosu, tłumaczył, że scentralizowana władza, której zwolennikiem była rządząca do niedawna Partia Pracy, zmarnowała wiele talentów i dobrej energii społecznej. I jak, to wymownie określił, "zmieniała ludzi w zmęczone, pozbawione ideałów marionetki rządu".
Leżący na północy Anglii Liverpool jest jednym z czterech miejsc na Wyspach, które dobrowolnie zgłosiły się do przetestowania w praktyce idei "Wielkiego Społeczeństwa". Ponadto poligonem społecznej rewolucji staną się: Eden Valley w malowniczej Krainie Jezior, słynący z zamku królewskiego Windsor pod Londynem, Maidenhead w hrabstwie Berkshire i londyńska gmina Sutton. Wszędzie tam społeczne grupy lub organizacje charytatywne będą mogły przejąć sporą część sektora usług publicznych z rąk rządu bądź innych centralnych agend. Przejmą budynki użyteczności publicznej, lokalny transport, urzędy pocztowe, a nawet muzea, decydując np. o dłuższych godzinach ich otwarcia.
Rząd wyśle tam specjalnych doradców i podzieli się z nimi pieniędzmi, przekazując w zarządzanie część z lokalnych budżetów. Dodatkowo lokalne inicjatywy i inwestycje wspierać będzie powołany do tego celu Bank Wielkiego Społeczeństwa. Rezerwami tegoż mają stać się pieniądze pochodzące z części tzw. uśpionych kont (na których od 15 lat nie odnotowano żadnych operacji, a banki nie są w stanie dotrzeć do właścicieli) i popularnych w Anglii towarzystw budowlanych. Nowy bank ma ruszyć w przyszłym roku z kapitałem ok. 60 mln funtów.
Niestety, zdaniem ekspertów właśnie finanse są tu najsłabszym punktem. Premier zmuszony był od rana odpierać w BBC zarzuty laburzystowskiej opozycji, że jego program to parawan dla wymuszonych gigantycznym deficytem budżetowym cięć w sektorze publicznym. Wątpliwości zgłasza też londyńska finansjera, dla której idea Banku Wielkiego Społeczeństwa jest sporym znakiem zapytania. Choć według szacunków British Banking Association na uśpionych kontach leży w Wielkiej Brytanii ok. 400 mln funtów, banki komercyjne niechętnie podzielą się tymi pieniędzmi z rządem. Koniec końców może się okazać, że Bank Wielkiego Społeczeństwa będzie musiał szukać wsparcia w bankach komercyjnych, a te nie lubią udzielać kredytów na inwestycje komunalne.
Cameron zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo. - Będą problemy finansowe, prawne i natury biurokratycznej. I będą wątpliwości - na szczeblu lokalnym i w ramach grup interesu - mówił wczoraj w Liverpoolu. I zaraz dodał, że cztery gminy, które zgłosiły się do pilotażowego programu decentralizacji, staną się poligonem, na którym powstaną zręby "Wielkiego Społeczeństwa".
Źródło: Gazeta Wyborcza