W Wielkiej Brytanii istnieją stałe bloki wyborców. Laburzyści mogą być pewni 20 proc. od swego twardego elektoratu, który utożsamia swój wąsko pojęty interes ekonomiczny z polityką lewicy. A 20 proc. najbardziej zamożnych wyborców zawsze wybiera torysów, licząc na niższe podatki. Walka toczy się o pozostałych: o klasę średnią, 60-procentowy elektorat płynny wiodący wygodny żywot, ideologicznie nieświadomy i stroniący od zaangażowania.
Blair instynktownie wiedział, jak zwabić tę olbrzymią masę ludzi. Miał akcent (a akcent jest ważny w brytyjskiej polityce) człowieka wykształconego, wytworny, ale stonowany, ludzki. Mówił jak jeden z nas, nie do nas. Blair opanował sztukę tworzenia świata złożonego z symboli, który był niemal całkowicie niezależny od prowadzonej przezeń polityki, od tego, do czego dążył i co robił jego rząd.
Jak prawie wszyscy poprzedni liderzy Partii Pracy Blair nie chciał, by uważano go za miękkiego wobec związków zawodowych i przestępczości, skłonnego podnosić podatki i wydatki budżetowe. Tak więc - choć odwoływał się do tradycji robotniczej, laburzystowskiej, postępował jak konserwatysta. Po prawdzie był dalej na prawo niż wielu członków Partii Konserwatywnej.
Cameron przyswoił sobie lekcję Blaira. Można mówić, o czym się chce, dowolnie klecić ideologię z kawałków z prawej i lewej strony, byle tylko do sieci wpadło na tyle dużo ryb, by wygrać kolejne wybory. Cameron zaczął więc obłudnie obwiniać o kryzys gospodarczy państwo, a nie tych, których wini większość - bankowców. Z atakiem na państwo, przedmiot tradycyjnego niepokoju torysów, połączył potrzebę obniżenia olbrzymiego (175 mld funtów) deficytu budżetowego. Odwołuje się tym samym do tradycji thatcheryzmu, ale w wersji light - z polityką socjalną, troską o środowisko naturalne, dbałością o biednych, o edukację. Przywódca Partii Konserwatywnej atakuje Partię Pracy za to, że nie broni biednych!
Układanka Camerona raczej nie złoży się w całość, ale to nieważne. Ludzie widzą w nim nowego centrystę, nowego Blaira, który nas rozumie. Polityka, który mówi prawdę. Uczciwego Dave'a. Kiedy Wielką Brytanię dopadł kryzys, miażdżąc finanse publiczne, dziennikarze i inni obserwatorzy krytykowali polityków za brak prawdomówności. Kraj jest w chaosie i kiedyś ktoś musi zacząć za to płacić - wszyscy to wiemy. Ale wiemy też, że politycy chcą wygrać wybory. Po torysach, którzy od 12 lat tkwią w opozycji, nie spodziewano się takiej uczciwości.
Cameron jest starym, wytwornym torysem "jednego narodu" - jak XIX-wieczni konserwatywni arystokraci, którzy wykazywali troskę o los biednych - zamieszkałym po właściwej stronie torów: Eton i Oksford. Tak jak burmistrz Londynu Boris Johnson jest ekscentryczny, pewny siebie, nieprzewidywalny. Może skręcić w lewo, jeśli jest taka potrzeba, jeśli tylko będzie chciał. Starzy absolwenci Eton mogą, do diaska, robić, co im się podoba. Wygląda na to, że jego strategia będzie skuteczna, bo Partii Pracy ciąży Gordon Brown, a Brytyjczycy są zmęczeni i znudzeni jej 12-letnimi rządami.
Źródło: Gazeta Wyborcza