Konserwatywny premier David Cameron zapowiedział, że jego gabinet gotów jest zgodzić się głosowanie pod warunkiem, że zostanie przeprowadzone szybko - w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Jeśli ten plan przejdzie, Szkoci mogliby zorganizować referendum w sprawie swojej przyszłości już latem 2013 r. W poniedziałek debatował nad tym rząd w Londynie
- Im szybciej odbędzie się głosowanie, tym lepiej - mówił dzień wcześniej na antenie BBC Cameron. Tłumaczył też, że przeciąganie decyzji jest niekorzystne dla szkockiej gospodarki i nieuczciwe wobec samych Szkotów. - Byłoby straszliwie przykro, gdyby
Szkocja postanowiła opuścić Zjednoczone Królestwo. Zrobię więc wszystko, by zachęcić ją do pozostania - dodał.
- Konserwatyści byli w przeszłości niechętni autonomii Szkocji i przeciwni wytyczaniu jakiejkolwiek drogi do niepodległości zgodnie z zasadą, że z omletu nie da się zrobić jajek. Cameron zmienił jednak zdanie na skutek szkockiej presji na referendum - tłumaczy "Gazecie" Matthew Ashton, politolog z Nottingham Trent University. - Proponując, by odbyło się ono wcześniej i na jego zasadach, premier po prostu blefuje w rozgrywce z nacjonalistami.
To niespodziewany zwrot akcji w batalii o przyszłość Zjednoczonego Królestwa, którego Szkocja wraz z Anglią są najważniejszymi częściami.
Do tej pory inicjatywa należała do nacjonalistycznej Szkockiej Partii Narodowej (SNP), która od 2011 r. samodzielnie rządzi cieszącą się całkiem szeroką autonomią Szkocją. Ma ona swój parlament, a tamtejsza egzekutywa (czyli niby-rząd, na czele którego stoi tzw. pierwszy minister Alex Salmond) odpowiada za część spraw, m.in. rolnictwo, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości i niektóre kwestie gospodarcze. Reszta - z polityką zagraniczną i obronną na czele - pozostaje w gestii Londynu.
To SNP prowadzi kampanię na rzecz zerwania kilkusetletniej Unii z Anglią. W 2011 r. na fali wyborczego Salmond zapowiedział, że ogłosi referendum niepodległościowe między 2014 a 2016 r. Londyn był tym przerażony, ale politycy w Westminsterze nie wiedzieli, jak powstrzymać tę ofensywę. Nie było też jasne, czy rząd Camerona zgodzi się na referendum, czy też dojdzie do politycznej awantury na Wyspach, a SNP wezwie Szkotów do głosowania wbrew woli Londynu, budząc ducha rewolty sprzyjającego nacjonalistom.
Eksperci przekonują, że zmieniając zdanie, Cameron dopuścił się politycznego hazardu. - To ryzykowna gra, poker o wielką stawkę. Na szali leży przyszłość Zjednoczonego Królestwa. Jeśli Cameron przelicytuje i Szkoci zagłosują za niepodległością, przejdzie do historii jako premier odpowiedzialny za rozpad Królestwa - mówi nam Matthew Ashton. Przyznaje jednak, że jeśli Salmond odrzuci warunki Londynu, Cameron będzie miał alibi, by później blokować ruchy niepodległościowe, mówiąc: "Daliśmy wam możliwość wyboru, ale ją odrzuciliście".
Założenie Londynu jest proste: jeśli ma się odbyć referendum, to im wcześniej Szkoci zagłosują, tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, iż wygrają zwolennicy rozwodu z Anglią. Zdaniem Ashtona chodzi głównie o względy ekonomiczne - recesja nie sprzyja secesji, bo ludzie widzą, w jakie tarapaty wpadła mała
Irlandia czy
Islandia. W dodatku kryzys w UE stawia pod znakiem zapytania zapewnienia Salmonda, że mała Szkocja poradzi sobie w wielkiej Unii bez Anglii.
Cameron wie też, że nie ma wiele czasu. Choć z grudniowego sondażu wynika, że za niepodległością Szkocji opowiada się 38 proc. z 5,1 mln jej mieszkańców, to jednak od dłuższego czasu odsetek zwolenników secesji powoli, ale nieustannie rośnie. Każdy rok zwłoki gra więc na korzyść SNP.
Są też inne powody pośpiechu. W 2012 r. w Wielkiej Brytanii odbędą się dwa wydarzenia cementujące brytyjską tożsamość i nastroje unionistyczne - diamentowy jubileusz królowej Elżbiety II (monarchini Szkocji i Anglii) oraz igrzyska olimpijskie w Londynie. W odróżnieniu od rozgrywek reprezentacji piłkarskich w ramach
UEFA Szkoci będą startowali w olimpiadzie w barwach brytyjskich, a nie z krzyżem św. Andrzeja, patrona Szkocji, na piersiach.
Co ciekawe, z podobnych pobudek nacjonaliści chcą przeprowadzić referendum dopiero jesienią 2014 r. Wówczas w Szkocji odbędą się dwa wielkie wydarzenia sportowe: igrzyska Wspólnoty Brytyjskiej, w których startuje osobna reprezentacja Szkocji, i golfowy Puchar Rydera, w którym rywalizują drużyny Europy i
USA. SNP liczy na to, że obydwa rozbudzą w Szkotach patriotycznego ducha, co przełoży się na wynik referendum.
W dodatku w roku 2014 przypada 700. rocznica bitwy pod Bannockburn - w czerwcu 1314 r. Szkoci pod dowództwem króla Roberta I pokonali znacznie liczniejsze oddziały angielskiego władcy Edwarda II, otwierając sobie drogę do niepodległości.
Nic więc dziwnego, że inicjatywa Camerona rozwścieczyła SNP. Alex Salmond wezwał polityków z Londynu, by nie mieszali się w szkockie sprawy. Ostrzegł też, że jego partia trzyma się swego planu i może nie zgodzić się na warunki narzucone przez Londyn.
Od powstania ruchu nacjonalistycznego w latach 30. XX w. trwa kampania na rzecz zerwania unii z Anglią. Szkocja zawarła ją w 1603 r., kiedy to szkocki król Jakub VI zasiadł na londyńskim tronie. Nastroje niepodległościowe narastają od lat 70. XX w., kiedy u północnych wybrzeży Wysp Brytyjskich odkryto złoża ropy.