Władze podkreślają, że w Ameryce Łacińskiej nie było jeszcze elekcji tak kontrolowanej przez niezależnych obserwatorów. W całym kraju jest ich ponad 1000. Nawet opozycja oczekuje, że wybory przeprowadzone zostaną uczciwie.
Jednego opozycjoniści się obawiają - że wyborcy nie zagłosują w zgodzie ze swymi przekonaniami. W przeszłości elektroniczny system identyfikacji wyborców połączony był z elektronicznymi urnami w taki sposób, że władze wiedziały, kto na kogo głosował. Teraz podobno jest to już niemożliwe, ale strach pozostał.
Antonio stojący w kolejce do lokalu w Chacao, zdominowanej przez opozycję dzielnicy stołecznego Caracas: - Mam bezrobotną żonę i dziecko, a sam pracuję w Banku Centralnym. Wbrew sobie zagłosuję na Chaveza. Mój szef jasno powiedział, że dla wrogów rewolucji pracy nie ma.
Stojący tuż obok Renato, sklepikarz pod pięćdziesiątkę, bardzo się denerwuje. - Nigdy nie wyjdziemy z tego syfu, jeśli ludzie będą myśleć tak jak ty. Korupcja i przestępczość zżerają ten kraj. Wystarczy założyć sobie czerwoną koszulkę, aby być bezkarnym! - krzyczy.
I ma rację. W niektórych slumsach wszystko jest już "rojo, rojito", czyli czerwone, czerwoniutkie, tak jak
Wenezuela, którą chce zbudować Chavez, zapiekły wróg
USA i liberalizmu. Biedacy w czerwonych koszulach i oblepiający swe liche domy czerwonymi plakatami traktują go tutaj jak Boga, zapewniając, że jeśli przegra wybory, chwycą za broń.
Lina Ron, charyzmatyczna i, jak przyznaje sam Chavez, "znajdująca się poza wszelką kontrolą rewolucjonistka", zorganizowała uliczne gangi w małą armię, która dla Chaveza, starającego się o drugą, sześcioletnią kadencję, gotowa jest zrobić wszystko. A już na pewno na niego zagłosować. Tak samo jak ponad milion Kubańczyków i Kolumbijczyków, którzy w ostatnich miesiącach otrzymali obywatelstwo w zamian za obietnicę poparcia Chavezowskiej rewolucji.
Pierwsze wyniki wyborów powinny być znane dziś.
ŹRÓDŁO: |  |