Każdy z nas, poza jednym Witią, ma swoją liczbę. Zostawiły mnie dwie żony, niedługo pewnie odejdzie ukochana 90-letnia mama, ale ta liczba - 226 - będzie ze mną do samego końca - Aleksander Pietrowicz Zabirczinko przerywa na chwilę, żeby zamówić wódkę.
Witia patrzy na niego spode łba. Gdyby nie prośba przyjaciela, nie dałby wyciągnąć się z domu o tak późnej porze. Nie lubi dziennikarzy, bo jest więcej niż pewny, że traktują go jak kolejną atrakcję w czarnobylskim cyrku.
- 226 rentgenów - powtarza Aleksander Pietrowicz. - Wyliczyli mi to jak nam wszystkim: na podstawie tras, którymi biegaliśmy po wybuchu reaktora. Myśmy tam nie mieli żadnych kombinezonów. Jeśli np. w jakimś korytarzu było 2000 rentgenów na godzinę, to po 15 min dostałbyś tam dawkę śmiertelną, czyli 500 rentgenów. Ale jeśli zostałeś tam trzy minuty, to 100 rentgenów. Minuta to tylko 33 rentgeny. Dwie sekundy to jeden rentgen.
Dlatego biegaliśmy jak oszaleli, żeby jak najkrócej być w strefach wysokiej radiacji. Robiliśmy, co trzeba, i uciekaliśmy. Zastępca głównego inżyniera Anatolij Sitnikow potknął się, biedak, w tym pędzie, przewrócił i ręce ubrudził w pyle radioaktywnym. Wstał, otrzepał się i pobiegł dalej. Nic nie poczuł, ale umarł kilkanaście dni później. Ja żyję, bo się nie potknąłem.
Stalker
Do Strefy Zamkniętej Czarnobyl, rozciągającej się w promieniu 30 km wokół dawnej elektrowni, organizują wycieczki niektóre biura turystyczne w Kijowie. Ceny zaporowe, nawet i 200 dolarów, ale chętnych nie brak. Przyjeżdżają z całego świata, żeby poczuć dreszczyk radioaktywnej emocji, zrobić sobie fotkę tuż pod słynnym reaktorem numer cztery i powałęsać się po całkowicie opuszczonym Prypeciu, kiedyś 50-tysięcznym mieście pracowników elektrowni i ich rodzin.
Wśród tych podróżników wielu jest maniaków kultowego filmu "Stalker" Andrieja Tarkowskiego. Jego bohater jest przewodnikiem, który oprowadza ludzi przez zamkniętą, opuszczoną strefę napromieniowaną po lądowaniu kosmitów. Jest w tej strefie komnata, w której spełniają się wszystkie ludzkie marzenia.
Również każda wycieczka do czarnobylskiej zony ma swojego stalkera, czyli oficjalnego przewodnika. - Dużo u nas ekstremalnej młodzieży - tak nasz stalker wyjaśnia fenomen turystyki radioaktywnej. - Chcieli w Prypeciu zakładać jakieś kluby alternatywne, a pewien zespół rockowy nagrał tu teledysk...
Stalker ma licznik Geigera, ale w zasadzie go nie potrzebuje. Na pamięć zna miejsca o podwyższonej radiacji. Kiedy zbliżamy się do zapadniętego kawałka asfaltu, ogłasza: - Uwaga! Tam nie podchodzimy...
Kładzie na ziemi licznik. Cała wycieczka - ja, Rosjanin Misza, który jest tutaj po raz siódmy, zakochana para z Kijowa i belgijski spec od reklamy, któremu podarowano tę podróż w nagrodę - gapi się w wyświetlacz. Jeden rentgen na godzinę.
Mijamy nieruchomą karuzelę, zwiedzamy dom kultury i stajemy przed jakąś klatką schodową. - Tutejsze bloki są groźniejsze niż promieniowanie, ponieważ w każdej chwili mogą się zawalić - ostrzega stalker. Ale wchodzimy, wałęsamy się po opuszczonych mieszkaniach, brzdąkamy w klawisze jakiegoś pianina, a nawet wdrapujemy się na dach, z którego rozciąga się imponująca panorama na blokowiska.
26 kwietnia 1986 roku przed godziną szóstą rano Aleksander Pietrowicz miał właśnie wybiec z jednego z tych bloków, żeby zdążyć na autokar do Kijowa. Już poprzedniego wieczora schował do kieszeni koszuli bilet na mecz, żeby go przypadkiem nie zapomnieć.
Najdzielniejsi z dzielnych
- Mecz Dynama Kijów ze Spartakiem Moskwa był dopiero następnego dnia, w niedzielę - opowiada. - Ale już w sobotę rano chciałem jechać do Kijowa, to była duża sprawa, Dynamo szło na mistrza. Już chcę wychodzić na autokar, a tu dzwoni szef, kierownik cechu elektrycznego, i mówi, że na elektrowni była awaria. Ja mu na to: - Jaka awaria, jadę na mecz! On: - Jaki mecz, przyjeżdżaj natychmiast do roboty, inaczej kryminał!
Co robić, zamiast do Kijowa jadę do elektrowni. To tylko pięć kilometrów. Podjeżdżamy autobusem pod czwarty blok i widzimy: cała góra reaktora rozwalona. Ktoś krzyknął: kurwa mać! i zaraz pomyślałem, że może lepiej było wybrać kryminał.
Ale trzeba było pomóc strażakom, odłączyć instalacje. Obejmowaliśmy się i płakaliśmy, ale potem biegliśmy na blok, bo kto inny by to zrobił? Była w tym jakaś radziecka solidarność i zdolność do poświęceń, jakich teraz już nie ma. Pamiętam, jak okazało się, że trzeba zakręcić zawory wodoru pod reaktorem, inaczej będzie kolejny, dużo większy wybuch. Ale tam była straszna radiacja, tysiące rentgenów, wiadomo było, że kto pójdzie, to na śmierć. Zgłosili się na ochotnika Tolia Baranow i Sasza Leleczenko. Zapamiętaj sobie te nazwiska, bo to najwięksi bohaterowie ze wszystkich likwidatorów! Gdyby nie zamknęli tych zaworów, to nie wiem, co teraz byłoby z Ukrainą, Białorusią, a może nawet i z Polską... Obaj umarli kilkanaście dni później.
Z kolei Tolia Szapołow, mój dobry kolega, w szpitalu w Moskwie dowiedział się, że nie ma dla niego żadnego ratunku. Wtedy powiedział lekarzom: - Róbcie na mnie dowolne eksperymenty, tak żeby potem innym łatwiej było ratować życie...
Nie wszyscy byli herosami. Po ewakuacji Prypecia 27 kwietnia rano z załogi elektrowni na miejscu zostali tylko ochotnicy, którzy pomagali żołnierzom i strażakom. W mojej brygadzie było 27 ludzi, zostało nas trzech. Nie mam żalu do tych, którzy odjechali. Gdybym wtedy miał żonę, też pewnie bym odjechał. Ale byłem po rozwodzie.
W Prypeciu była jeszcze przez kilka dni milicja. Pilnowała, żeby nie rozkradli naszego dobytku po ewakuacji. Z milicjantami ostro piliśmy samogon, bo mówiło się, że to chroni przed radiacją.
Źródło: Gazeta Wyborcza