Za wotum nieufności dla rządu głosowało 243 spośród 450 deputowanych. Parlament ma teraz miesiąc na wyłonienie nowej koalicji, a Tymoszenko powinna administrować krajem do czasu powołania nowego rządu - tak jak to wygląda w większości demokracji parlamentarnych na świecie.
Tak jednak może nie być na Ukrainie, bowiem od wyborów prezydenckich 7 lutego, w których Tymoszenko minimalnie przegrała z przywódcą opozycji Wiktorem Janukowyczem, premier zachowuje się przedziwnie. Zaczęło się od tego, że przez pięć dni po głosowaniu nie pokazywała się publicznie, potem zaskarżyła wybory przed sądem, ale następnego dnia sama skargę wycofała, utrzymując jednak, że wybory są sfałszowane.
Wczoraj Tymoszenko zapowiedziała, że natychmiast opuszcza urząd razem z ministrami. - Jeśli Janukowycz myśli, że teraz będzie mógł spokojnie grać sobie w tenisa czy golfa, to się myli - mówiła pani premier.
Jeśli spełni swoją groźbę,
Ukraina zostanie bez administracji. Dzień wcześniej, kiedy przewodniczący parlamentu Wołodymyr Łytwyn ogłosił rozwiązanie koalicji rządowej, wściekła Tymoszenko zapowiadała: - Najpierw sfałszowano wybory, teraz sfałszowano rozwiązanie koalicji, a za kilka dni zobaczymy sfałszowaną nową koalicję!
Przeciwko rządowi Tymoszenko głosowali wczoraj oprócz Partii Regionów Janukowycza i komunistów także członkowie dotychczasowej koalicji: 15 deputowanych Naszej Ukrainy, Blok Łytwyna, a nawet siedmiu deputowanych Bloku Julii Tymoszenko.
W czterogodzinnej debacie przed głosowaniem Mykoła Azarow z Partii Regionów, jeden z kandydatów na nowego premiera, oskarżył Tymoszenko o doprowadzenie kraju do katastrofy gospodarczej. Tymoszenko odpierała zarzuty, twierdząc, że w trudnych warunkach światowego kryzysu nie dopuściła do bankructwa państwa. Do bankructwa istotnie nie doszło, ale przyczynił się do tego ratunkowy kredyt MFW (16 mld dol.) i podatki za rok 2010, które Tymoszenko zaliczkowo ściągnęła od firm już w ubiegłym roku.
Jednocześnie pani premier oskarżyła nowego prezydenta, że już podejmuje decyzje niezgodne z interesem narodowym. Wcześniej prasa informowała, że Janukowycz zaproponuje Rosji stworzenie międzynarodowego konsorcjum, w którym udziały mieliby UE i rosyjski
Gazprom, które przejęłoby kontrolę nad ukraińskimi sieciami przesyłowymi gazu.
- Będziemy w opozycji bronić Ukrainy, jej niezależności i kultury - dramatycznie zapowiadała wczoraj Tymoszenko. Jednak z informacji podawanych przez rosyjską prasę wynika, że Janukowycz nie jest aż tak prorosyjski, jak przedstawia go pani premier. Okazuje się, że kiedy w poniedziałek udał się w swoją pierwszą podróż zagraniczną do Brukseli, zrobił to wbrew Rosjanom, którzy chcieli widzieć go najpierw w Moskwie.
Jak donosi
dziennik "Wiedomosti", Janukowycz został już nawet za to ukarany - jego piątkowa wizyta w Moskwie została zdegradowana z oficjalnej do roboczej. Podobno Rosjanie ostrzegali Janukowycza, że jeśli w Brukseli spotka się z przedstawicielami NATO, to do Moskwy w ogóle go nie zaproszą.
Janukowycz z nikim z NATO się nie spotkał, ale już od kilku lat mówi, że Ukraina, choć chce zbliżać się do Europy, to powinna pozostać poza wszelkimi sojuszami wojskowymi.