Wiktor Janukowycz - od 48 do 50 proc., Julia Tymoszenko - 44-45 proc. Takie były wyniki pięciu sondaży powyborczych (exit polls) ogłoszonych wczoraj wieczorem tuż po zakończeniu głosowania. Zwycięstwo Janukowycza wydawało się przesądzone.
- Zdecydowała żelazna dyscyplina imobilizacja stronników Janukowycza na zrusycyzowanym wschodzie Ukrainy przy słabej frekwencji na proeuropejskim zachodzie - mówi "Gazecie" kijowski politolog Wołodymyr Horbacz.
Sztab premier Tymoszenko przez całą wyborczą niedzielę donosił o rzekomych fałszerstwach. Na wschodzie Ukrainy wwielu miejscach lokalne władze, sprzyjające Janukowyczowi, dowoziły autobusami ludzi do punktów głosowania. -To nie jest zadanie władz. Awautobusach podobno prowadzono agitację -mówi Horbacz.
Po ogłoszeniu pierwszych wyników pani premier wystąpiła do swoich ludzi w całym kraju z płomiennym apelem, żeby nie tracili nadziei iwalczyli o każdy głos. -Możliwe, że spróbuje ona podważyć wyniki w niektórych okręgach na wschodzie, a jeśli to nie przyniesie rezultatu, zaskarży całe wybory w sądach - przewiduje Horbacz.
Jednak ze wstępnych ocen obserwatorów międzynarodowych wynika, że wybory były uczciwe i demokratyczne. - Są informacje odrobnych nieprawidłowościach, ale nie wpłynęły one znacząco na wynik - mówił "Gazecie" Paweł Kowal, eurodeputowany
PiS iprzewodniczący misji obserwacyjnej Parlamentu Europejskiego.
Autobusy stały w centrum Kijowa przed Centralną Komisją Wyborczą. "Julia, dość histerii, pogódź się z wolą narodu!" -takie transparenty rozwiesili najemnicy Janukowycza, których tam przywożono od kilku tygodni i umieszczano w rozstawionych namiotach.
Wczoraj przed budynkiem CKW montowana była też ogromna scena otoczona niebieskimi sztandarami Janukowycza. Jego Partia Regionów dostała od władz stolicy zgodę na festyn dla 50 tys. osób z okazji maslenicy, radosnego święta ludowego obchodzonego przed Wielkim Postem, podobnego do polskich zapustów.
- W tym roku podczas maslenicy może być gorąco -śmiali się kijowianie, którzy w niedzielę przechodzili przez plac. Partia Regionów zaanektowała go w obawie, że Julia Tymoszenko ogłosi, iż wybory sfałszowano, i wyprowadzi ludzi na ulice Kijowa. Właśnie takie masowe protesty, nazwane pomarańczową rewolucją, odebrały Janukowyczowi prezydenturę w wyborach 2004 r., które były sfałszowane.
Ale skłóceni przywódcy rewolucji -premier Tymoszenko iustępujący prezydent
Wiktor Juszczenko, który w pierwszej turze zebrał ledwie 5 proc. głosów -wyczerpali ogromny kredyt zaufania. Dlatego na powtórny zryw przeciw Janukowyczowi raczej nie ma szans. Wczoraj w nocy na mroźnych ulicach Kijowa panował spokój.
Co wynik wyborów oznacza dla Ukrainy? - Stagnację - mówi prof. Myrosław Popowycz, politolog i filozof. - I kolejne wielkie uwłaszczenie, np. zakłady Antonowa produkujące ogromne samoloty transportowe znów dostaną oligarchowie z Doniecka, którzy wynieśli Janukowycza do władzy. Kiedyś niemal doprowadzili je do ruiny.
Popowycz uważa, że "uwłaszczenia wEuropie pewnie nikt nie zauważy, widoczna za to będzie korekta kursu wpolityce zagranicznej". -Janukowycz zapowiada poprawę relacji z Rosją. Może uzna prorosyjskie zbuntowane republiki Gruzji -Abchazję iOsetię -amoże nawet zgodzi się na pozostanie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej na Krymie - mówi profesor.
Podobnie uważa Borys Tarasiuk, bliski Tymoszenko b. szef
MSZ. Ale niemiecki politolog Cornelius Ochmann uważa, że nie musi to oznaczać pogorszenia relacji z Zachodem.
Tymoszenko zostanie w polityce, choć Janukowycz już wczoraj wieczorem radził jej, żeby "szykowała się do odejścia z urzędu premiera". Pokonana postara się o rewanż w przyspieszonych wyborach do parlamentu. -To wojowniczka, której czasem brak politycznego sprytu. Gdyby rok temu oddała rząd Janukowyczowi i przeszła do opozycji, na 200 proc. byłaby dziś prezydentem - mówi Popowycz.