Jednak dziś powinno szokować nie zwycięstwo Wiktora Janukowycza, ale rozmiary porażki pomarańczowych. Mimo wielkich nadziei i kredytu zaufania nie zdołali uporządkować kraju i wytępić panoszących się w nim patologii.
Odchodzący prezydent
Wiktor Juszczenko i premier Julia Tymoszenko ponoszą za to srogą karę. Nie ma sensu dociekać, które jest bardziej winne. Oboje byli symbolami zmian. Wczoraj Ukraińcy wybrali postsowiecką stabilność zamiast europejskiej nieprzewidywalności.
Nie wiemy, czy
Ukraina straciła szansę raz na zawsze. Dziś wygląda na to, że znów pogrąża się w bezładnym dryfie między Zachodem a Rosją. Być może Janukowycz zaskoczy, choć na razie jego wypowiedzi deprymują. "Priorytetem dla Ukrainy będzie odbudowa stosunków z Rosją" - zapewnił w wywiadzie dla "Sunday Telegraph". Kilka dni wcześniej straszył "bojownikami z Polski, Litwy i Gruzji", którzy mieli pomagać jego rywalce.
Jeśli Janukowycz zachowa demokrację, nie zacznie wprowadzać nad Dnieprem putinowskich zasad
gry, ustabilizuje sytuację polityczną, przeprowadzi choćby nieśmiałe reformy, a zarazem nie odgrodzi się całkiem od Zachodu - stanie się mężem stanu. Ale doskonale rozumiem moich ukraińskich znajomych, którzy nie pojmują, jak Janukowycz mógł wygrać, i czują się, jakby ktoś napluł im w twarz.
Trzeba się szybko otrząsnąć. Pocieszające jest jedno - Ukraina nie ma innej drogi na Zachód niż przez Polskę. A Polska, mimo rozmaitych problemów, nadal nie ma bardziej życzliwego i bliskiego partnera na postsowieckim Wschodzie. To wystarczający kapitał, by rozwijać stosunki. Także z prezydentem Janukowyczem.