- Trzech milicjantów patrzyło obojętnie, jak banderowcy z młotem przystawiali drabinę do Włodzimierza Iljicza! - Siergiej Denisow, oburzony 25-letni komunista, opowiada mi o skandalicznym incydencie z 30 czerwca, kiedy pięciu młodych ukraińskich nacjonalistów roztrzaskało głowę i rękę wodza rewolucji październikowej.
Nacjonaliści są pod pomnikiem na placu Besarabskim również w piątek, kiedy rozmawiam z Denisowem i jego kolegami. Właśnie ściągnięto białą płachtę i odnowiony Włodzimierz Iljicz Lenin, z nową głową i ręką, ukazał się w pełnej krasie. Nacjonaliści skandują "Hańba!", ale komuniści puszczają z głośników radzieckie pieśni, żeby ich zagłuszyć. Nacjonaliści szyderczo wykrzykują, że przywódca bolszewików umarł na syfilis, na co komuniści wyciągają transparent "Lenin wiecznie żywy!".
W pewnym momencie ideologiczna walka na argumenty zamienia się w prawdziwą bijatykę: najzuchwalszy z nacjonalistów przedziera się do pomnika i oblewa go czerwoną farbą, po czym zostaje pobity przez komunistów. W odwecie nacjonaliści oblewają czerwoną farbą weterana z II wojny, który wymachuje flagą ZSRR.
Dla ukraińskich nacjonalistów, i zresztą nie tylko dla nich, piątkowy happening komunistów był wyjątkowo bezczelną, obrazoburczą prowokacją. Od kilku dni plakaty rozwieszone w całym mieście przypominały kijowianom, żeby w sobotę zapalili świeczkę na pamiątkę ofiar Wielkiego Głodu z lat 1932-33. Trzy lata temu prezydent
Wiktor Juszczenko przeforsował w parlamencie ustawę, która uznała Wielki Głód za ludobójstwo na narodzie ukraińskim. Wydał też dekret, który nakazuje usuwać pomniki bolszewików odpowiedzialnych za Wielki Głód.
I oto dzień przed sobotnimi uroczystościami komuniści odsłaniają pomnik samego przywódcy bolszewików! Wprawdzie w latach 30. Lenin już nie żył, ale żyły - i zabijały - jego idee. Stalin postanowił zmusić chłopów, by oddali ziemię i zapisali się do kołchozów. Na Ukrainie, a także w innych rejonach ZSRR kolektywizacja wsi zamieniła się w krwawy horror: obowiązkowe dostawy zboża dla państwa przekraczały możliwości wsi, ale w Moskwie nie przyjmowano tego do wiadomości, uznając, że zbuntowani kułacy pochowali zboże. W efekcie miliony ludzi - według różnych szacunków od 3 do 7 mln - umarło z głodu.
- Pajac Juszczenko wymyślił sobie wielkie święto i co roku dodaje kilka milionów zagłodzonych! - mówią mi młodzi komuniści pod pomnikiem. Nie zaprzeczają, że w latach 30. Ukraińcy umierali z głodu, ale po pierwsze, nie tak wielu, a po drugie, nie była to zaplanowana akcja bolszewików. - Wielki Głód był wypadkiem przy budowie systemu sprawiedliwości społecznej - tłumaczy mi Denisow. - Takie błędy były nieuniknione, bo Lenin i Stalin byli pionierami zupełnie nowej ideologii...
Chłopak wierzy, że komunizm jeszcze powróci, ale w wersji bez błędów i wypaczeń. I wymienia jego zalety: - Moi rodzice w latach 80. żyli godnie, nie brakowało na mieszkanie ani na jedzenie, mogli normalnie iść do lekarza. A dziś ludzie zamienili się w hieny, kiedy złamiesz rękę i idziesz do szpitala, lekarz zażąda od ciebie łapówki 100 hrywien. Choć formalnie służba zdrowia jest bezpłatna, bez pieniędzy nie zrobią ci nic! I tak jest ze wszystkim...
Na razie jednak nic nie wskazuje, żeby radziecka idylla miała się odrodzić na Ukrainie. W wyborach prezydenta, które odbędą się na Ukrainie 17 stycznia, kandydat komunistów Petro Symonenko nie ma szans. Partia zbiera po kilka proc. głosów i z najwyższym trudem wchodzi do parlamentu.
Nawet granitowy Lenin odnowiony za pieniądze komunistów okazał się niewypałem. Kiedy opadły emocje i ludzie dokładnie przyjrzeli się pomnikowi, okazało się, że głowa i ręka są wyraźnie ciemniejsze i wyciosane nie tak precyzyjnie jak reszta postaci. "Leninowi doprawili nie tę głowę" - alarmowała sobotnia "Komsomolskaja Prawda". "Co to za partacz go odnawiał?" - dziwił się na łamach gazety jeden z kijowskich restauratorów zabytków.
Komuniści powoli stają się elementem miejscowego folkloru, ale ich poglądy na Wielki Głód mają wielu zwolenników. Przywódca Partii Regionów, prowadzący w sondażach prezydenckich
Wiktor Janukowycz, również uważa, że nie był on zaplanowaną z premedytacją zbrodnią przeciw narodowi ukraińskiemu. Nie robi jednak z tego tematu swojej kampanii.
Na przeciwnym biegunie znajduje się Juszczenko, który z Wielkiego Głodu uczynił motyw przewodni prezydentury. W swojej krucjacie odniósł właśnie kolejne zwycięstwo - w nocy z czwartku na piątek na mocy wspomnianego wyżej prezydenckiego dekretu z placu Europejskiego, również w centrum Kijowa, zniknął pomnik Grigorija Pietrowskiego, ukraińskiego bolszewika, który był bliskim współpracownikiem Lenina i Stalina.
Jednak był to zapewne ostatni sukces Juszczenki, zresztą tylko połowiczny - Pietrowski zniknął z cokołu w Kijowie, ale ciągle jest w nazwie jednego z największych miast Ukrainy - Dniepropietrowska. W sobotę wieczorem na placu Michajłowskim, gdzie kijowianie rozstawili na ziemi wielki krzyż ze świeczek, wokół prezydenta zebrała się tylko garstka najwierniejszych sympatyków. Juszczenko jest skazany na porażkę w wyborach, ponieważ - dokładnie tak jak komuniści i radykalni nacjonaliści walczący pod pomnikiem Lenina - żyje przeszłością i wierzy, że rozwiązania problemów Ukrainy trzeba szukać właśnie w przeszłości.
Tymczasem Ukraińców interesuje teraźniejszość. Szykowne dziewczęta, które w piątek i sobotę jak zwykle lansowały się na Chreszczatyku, słynnym kijowskim deptaku, nic nie słyszały o odsłonięciu pomnika Lenina. A w rękach nie miały świeczek, tylko podróbki modnych zachodnich torebek.