W liście z 2 kwietnia 1976 r. Jerzy Giedroyc pisał do ukraińskiego polityka i dziennikarza Iwana Kedryna-Rudnyckiego: "Dużo jest spraw między Polakami i Ukraińcami - spraw przykrych czy bardzo ciężkich. Nie sądzę jednak, by należało operować informacjami nieścisłymi. W interesie chyba naszych narodów leży znormalizowanie stosunków, co wymaga powiedzenia sobie w oczy całej prawdy - ale tylko prawdy".
Niewątpliwie Giedroyc miał na myśli przede wszystkim krwawy konflikt, który podzielił Polaków i Ukraińców w latach 1943-47.
Od Wołynia do akcji "Wisła" Na jego przebieg ogromny wpływ wywarła banderowska frakcja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i podległe jej oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na przełomie lat 1942/43 kierownictwo OUN-B postanowiło, by nie czekając na koniec wojny, usunąć Polaków z wszystkich ziem uznawanych za ukraińskie. Na Wołyniu podjęto decyzję o fizycznej likwidacji całej polskiej ludności, a w Galicji - o jej wypędzeniu pod groźbą śmierci. Operację tę określano w meldunkach ukraińskich jako "antypolską akcję".
9 lutego 1943 r. oddział UPA Hryhorija Perehijniaka "Dowbeszki-Korobki" wymordował pierwszą wieś - Parośle (powiat Sarny). W marcu i kwietniu 1943 r. doszło do wielu napadów na polskie miejscowości - np. nocą 22/23 kwietnia w Janowej Dolinie zamordowano ok. 600 Polaków. Największe nasilenie napadów miało miejsce 11 lipca 1943 r., kiedy to zaatakowano jednocześnie co najmniej 99 miejscowości - m.in. Kisielin i Poryck. W atakach niejednokrotnie uczestniczyli zmobilizowani przez UPA chłopi z okolicznych wsi uzbrojeni jedynie w siekiery i widły. Nierzadko miały miejsce akty zwyrodniałego okrucieństwa.
W obronie ludności wystąpiła AK, tworząc bazy samoobrony. W najsłynniejszej z nich, w Przebrażu, przetrwało kilkanaście tysięcy Polaków. Z bazami samoobrony współdziałały oddziały partyzanckie AK, które na początku 1944 r. utworzyły 27. Wołyńską Dywizję Piechoty AK. Duża grupa polskiej ludności szukała ratunku w miastach pod opieką Niemców, 5-7 tys. trafiło do partyzantki sowieckiej.
Antypolska akcja UPA w Galicji Wschodniej rozpoczęła się na przedwiośniu 1944 r. Także i tu nierzadko niszczono wsie z całą ludnością. Dopiero po wejściu Armii Czerwonej dowództwo UPA zrezygnowało z czystek. Pierwszy rozkaz nakazujący przerwanie ataków przeciw bezbronnej ludności wydano 1 września 1944 r., ale jeszcze na przełomie 1944/45 r. w województwie tarnopolskim dokonano krwawych napadów na kilkadziesiąt wsi polskich, m.in. na Ihrowicę.
W lipcu 1944 r. na zjeździe Ukraińskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej - ciała pomyślanego jako ponadpartyjna platforma polityczna UPA - dowódca UPA Roman Szuchewycz "Taras Czuprynka" przyznał, iż na Wołyniu miała miejsce "likwidacja ludności polskiej (...), która zakończyła się latem 1943 r.", a w Galicji "dowództwo UPA wydało rozkaz wysiedlenia Polaków, jeśli sami się nie przesiedlą. Ataki są kontynuowane". I dodał: "Tworzymy dla siebie wygodne pozycje, których nie można osiągnąć przy zielonych stołach [rozmów]. Nie damy siebie okłamać. Ukraińskie masy w naszych rękach".
Polacy nie ograniczali się tylko do samoobrony - miały też miejsce krwawe akcje odwetowe. Na Wołyniu akcje przeciw ukraińskiej ludności cywilnej prowadziła przede wszystkim polska policja na służbie niemieckiej, stworzona po dezercji policji ukraińskiej do UPA. Na Lubelszczyźnie oddziały polskiej partyzantki podjęły ofensywę w marcu 1944 r., paląc ponad 20 wsi ukraińskich, m.in. Sahryń. Z kolei pomiędzy lutym a kwietniem 1945 r. spalono szereg wsi ukraińskich w pasie od Lubaczowa po Sanok. Wtedy właśnie zabito kilkuset Ukraińców w Pawłokomie, gdzie w 2006 r. spotkali się prezydenci
Lech Kaczyński i
Wiktor Juszczenko (wcześniej w 2003 r. prezydenci
Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma złożyli hołd Polakom pomordowanym w Porycku/Pawliwce).
Wydarzeniem szczególnie bolesnym dla Ukraińców była przeprowadzona w 1947 r. akcja "Wisła". Zgodnie z uchwałą wydaną 29 marca 1947 r. przez Biuro Polityczne PPR Ukraińców i Łemków zamieszkujących południowo-wschodnie tereny Polski przymusowo wywieziono na ziemie zachodnie i tak rozsiedlono, aby szybko ulegli asymilacji. Choć akcję tę usprawiedliwiano koniecznością likwidacji działających w Polsce oddziałów UPA, to nie ulega wątpliwości, że dla tysięcy osób niezwiązanych z ukraińskim podziemiem wysiedlenia były w niczym niezasłużoną represją.
W sumie w latach 1943-47 zginęło 80-100 tys. Polaków oraz 10-20 tys. Ukraińców. Na Wołyniu relacja jest wprost porażająca - po polskiej stronie było może nawet 50-60 tys. ofiar, po ukraińskiej - raczej nie więcej niż 2-3 tys. Z rodzinnych stron wypędzono ponad milion Polaków i mniej więcej 630 tys. Ukraińców i Łemków.
Co było ludobójstwem? Tak ogromna tragedia nie może nie budzić emocji społecznych. Polscy historycy w zasadzie są zgodni, że ukraińskie czystki miały charakter barbarzyński i nie mogą być usprawiedliwione. Nie oznacza to jednak, że uczeni nie różnią się głęboko w ocenie wydarzeń. Zdaniem niektórych historyków popieranych przez tzw. środowiska narodowo-kresowe działania Ukraińców trzeba zestawić ze zbrodniami popełnionymi przez nazistowskie
Niemcy i Związek Sowiecki. Były one "trzecim ludobójstwem", które w istocie "znacznie przewyższa ludobójstwa niemieckie i sowieckie", i może być porównywane jedynie z Holocaustem.
Trudno moim zdaniem zgodzić się z tak radykalną opinią. Antypolskie czystki były niewątpliwie jednym z najkrwawszych polskich epizodów II wojny. Jakby jednak nie oceniać działań OUN i UPA, jej członkowie byli obywatelami II Rzeczypospolitej, którzy wystąpili przeciwko polskim współobywatelom, a nie najeźdźcami dokonującymi brutalnej agresji zewnętrznej.
III Rzesza i ZSRS były podmiotami prawa międzynarodowego, a OUN tajną organizacją terrorystyczną. Celem niemieckiej i sowieckiej polityki okupacyjnej było zniewolenie całej Polski, Polaków i Ukraińców zaś podzielił spór o przyszłą granicę. Wreszcie dla ukraińskich nacjonalistów Polacy byli znienawidzonymi okupantami, dla nazistów zaś - stojącymi na niższym szczeblu rasowym podludźmi, których należało zamienić w naród niewolników. Z kolei dla Sowietów społeczeństwo polskie jawiło się jako przedmiot gigantycznego eksperymentu społecznego, w trakcie którego należało zniszczyć wszystkich "wrogów klasowych". Jeśli już gdzieś szukać analogii, to należałoby raczej spojrzeć na ówczesne relacje pomiędzy Chorwatami i Serbami - choćby dlatego, iż chorwaccy ustasze pod wieloma względami przypominali członków OUN.
A to, że zbrodnie UPA nie nosiły znamion ludobójstwa. Do tego poglądu skłania się dziś większość polskich historyków. Nie ulega bowiem wątpliwości, że w latach 1943-45 mieszkańcy Wołynia i Galicji Wschodniej ginęli tylko za to, że byli Polakami. Problem polega jednak na tym, że znamiona ludobójstwa mogą też spełniać niektóre akcje polskiego podziemia. Taką właśnie konkluzją kończą się ustalenia śledztwa prokuratorów
IPN-u na temat zabójstwa kilkudziesięciu Białorusinów, popełnionego przez oddział podziemia narodowego w 1946 r. w powiecie Bielsk Podlaski. A była to zbrodnia podobna do tych, które miały miejsce w niektórych wsiach ukraińskich - np. w Wierzchowinach, gdzie zgrupowanie Narodowych Sił Zbrojnych zabiło w czerwcu 1945 r. prawie 200 Ukraińców.
Warto wszakże podkreślić, że nie można postawić znaku równości pomiędzy planową eksterminacją Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej a lokalnymi akcjami odwetowymi na Rzeszowszczyźnie i Lubelszczyźnie. Po stronie ukraińskiej mieliśmy bowiem do czynienia z odgórnie kierowaną czystką etniczną, natomiast po polskiej - z inicjatywami lokalnych komendantów łamiących instrukcje napływające z góry. Po stronie ukraińskiej ludobójczy charakter miała zatem cała akcja antypolska, po polskiej - poszczególne pacyfikacje.
Właśnie ocena akcji odwetowych najbardziej dzieli polskich historyków. Niektórzy badacze popierani gorąco przez środowiska narodowo-kresowe problem polskich wystąpień przeciw Ukraińcom uznają za nieistotny, a ich skalę próbują ograniczyć do minimum. Z kolei przymusowe wysiedlenia Ukraińców uznają za, jeśli nie wręcz coś normalnego, to przynajmniej za działania w pełni usprawiedliwione. Ciekawe jest to, że stosują przy tym metody analogiczne do używanych przez niektórych negacjonistów ukraińskich. Przykładowo, popularna swego czasu na Ukrainie teoria mówiąca, że pierwsze wsie polskie wymordowali przebrani za upowców sowieccy partyzanci (a Ukraińcy zaatakowali Polaków dopiero, gdy ci z zemsty zaczęli palić miejscowości ukraińskie), do złudzenia przypomina próbę przerzucenia odpowiedzialności za mord w Wierzchowinach z NSZ na "oddział pozorowany" stworzony przez Urząd Bezpieczeństwa.
To, co uderza w głosach środowisk kresowych, to nieskrywana chęć zmuszenia historyków, aby ukazywali przeszłość z "jedynie słusznej" perspektywy, w ramach której każda wątpliwość czy zwykły odruch współczucia dla cierpień Ukraińców są traktowane jako sprzeniewierzenie się interesowi narodowemu.