http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ukraina: zderzenie cywilizacji

Mykoła Riabczuk*
2007-04-10, ostatnia aktualizacja 2007-04-09 18:38

Na Ukrainie powstała demokracja, ale nieliberalna - bez państwa prawa, klarownego podziału władz, nienaruszalnych wolności obywatelskich, poszanowania własności. Taka demokracja przynosi głównie chaos, bezprawie i korupcję

Parę tygodni temu w toruńskim EMPiK-u brałem udział w promocji najnowszej książki o Ukrainie pióra Wiesława Romanowskiego, byłego korespondenta TVP w Kijowie. Za główny problem Ukrainy Romanowski uznał oligarchów, a nasz parlament określił mianem związku zawodowego broniącego interesów kasty najbogatszych ludzi w państwie. Nie będę się z tym spierał. Warto jednak przypomnieć, że taki kształt parlamentu bliski jest tradycjom I Rzeczypospolitej, której Sejm był także swego rodzaju ekskluzywnym klubem oligarchicznym. Mimo wielu niedoskonałości demokracja szlachecka zawierała pewne elementy demokracji liberalnej. Można przypuszczać, że właśnie dzięki tej tradycji współczesna Ukraina różni się od Rosji Władimira Putina mniej więcej tak samo, jak 400 lat temu Rzeczpospolita Obojga Narodów różniła się od Księstwa Moskiewskiego Iwana Groźnego.

Między Wschodem a Zachodem

Dla ukraińskich tradycji politycznych nie mniej ważny był epizod niedoskonałej demokracji Polski międzywojennej oraz - a może zwłaszcza - konstytucyjnej monarchii habsburskiej. Ale dotyczył on jedynie zachodniej części kraju. Tymczasem I Rzeczpospolita była wspólnym doświadczeniem i Ukrainy zachodniej, i centralnej, z Kijowem włącznie. Na obrzeżach tego wpływu pozostawały natomiast tzw. Dzikie Pola, czyli mniej więcej te tereny, które dziś stanowią wschodnie i południowe obwody Ukrainy. Ten obszar nigdy nie doświadczył żadnej innej tradycji politycznej poza rosyjską i sowiecką.

Pod tym względem konflikt "dwóch Ukrain", o którym często piszą komentatorzy, jest swego rodzaju zderzeniem cywilizacji - ale bynajmniej nie cywilizacji prawosławnej z katolicką. Jest to raczej konflikt dwóch cywilizacji prawosławnych - jednej zeuropeizowanej, drugiej (pro)rosyjskiej.

Ukraina nie jest więc podobna ani do Rosji, ani do prawosławnej Rumunii czy Bułgarii, gdzie okcydentalizm ściera się z prawosławiem. Ukraina przypomina raczej współczesną Turcję, w której oba nurty - proeuropejski i fundamentalistyczny - choć przeciwstawne, to kulturowo należą do szeroko pojętego świata islamu. "Zachód" jako pewien system wartości wchodzi w zdecydowany konflikt ze "Wschodem", który jest zupełnie innym systemem wartości - antyeuropejskim, antydemokratycznym, antyliberalnym. Ale spór między obu nurtami toczy się w tych samych dekoracjach.

Na Ukrainie islamski fundamentalizm zastąpił rosyjski mesjanizm imperialny, sięgający po obszary na granicy z wrogim światem zachodnim. Dziś ten mesjanizm przywdział kostium neopostradziecki, ale kiedy indziej może wyrażać się w poszukiwaniach mitycznej euroazjatyckości lub w marzeniach o zjednoczeniu Słowian pod jednym berłem.

Mimo ogromnej wagi schedy historycznej I Rzeczypospolitej przesadą byłoby twierdzić, że wartości zachodnie - zwłaszcza demokracja - są organicznie bliskie Ukraińcom. Ale uznanie ich za całkowicie obce byłoby z kolei krzywdzące. Stosunek Ukraińców do demokracji jest raczej dwoisty. Rozdwojenie dotyczy nie tylko poglądów różnych grup społecznych, ale poglądów niemal każdego pojedynczego człowieka. Jego poglądy są splątane, sprzeczne, w pewnym sensie schizofreniczne. Ukraińcy chcą - potwierdzają to badania socjologiczne - zarówno kapitalizmu, jak i socjalizmu, demokracji i rządów silnej ręki, wolności i nieodpowiedzialności, integracji z Europą oraz z integracji z Rosją w formie Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej Białorusi, Rosji, Ukrainy i Kazachstanu.

To nie jest państwo prawa

Niespełna 16-letnia historia niepodległej Ukrainy to ciągłe balansowanie między Wschodem i Zachodem, między dobrze znanym autorytaryzmem i ledwie liźniętą demokracją, między słodką nieodpowiedzialnością niewolników spod znaku homo sovieticus oraz bolesną wolnością obywatela. Można powiedzieć, że winna jest temu nasza historia, ale także infantylizm Ukraińców i ich brak odpowiedzialności. Największą winę ponosi jednak nasza elita, która przez kilkanaście lat niepodległości skompromitowała ideę demokracji liberalnej, pozbawiając ją całkowicie najważniejszego składnika - pierwiastka liberalizmu.

Ukrainą rzeczywiście rządzili przez ostatnie lata przedstawiciele narodu, wybierani w mniej więcej wolnych wyborach. Ale nie zbudowali oni państwa prawa, klarownego podziału władz, nienaruszalnych wolności obywatelskich ani świętego poszanowania własności. Taka demokracja - bez liberalizmu, bez państwa prawa, niezależnych sądów, zagwarantowanych praw mniejszości - istnieje w wielu krajach Trzeciego Świata. Przynosi jednak głównie chaos, bezprawie i korupcję, wywołując spontaniczną nostalgię za rządami silnej ręki, która zaprowadzi mityczny porządek.

Trzeba uczciwie przyznać, że przez półtora roku rządów pomarańczowi przywódcy nie zrobili prawie nic, by formalna demokracja afro-azjatycko-latynoskiego typu przekształciła się w prawdziwie liberalną, którą udało się nam obronić podczas pomarańczowej rewolucji. Ale też trzeba stwierdzić, że rządzący od dziewięciu miesięcy premier Wiktor Janukowycz, jego Partia Regionów oraz jej koalicjanci - socjaliści i komuniści - zrobili wszystko, by zniszczyć nawet tę demokratyczną fasadę, którą tak cieszyliśmy się po pamiętnych wydarzeniach na Majdanie niespełna trzy lata temu. Koalicja przypuściła totalny szturm na wszystkich frontach - gospodarczym, administracyjnym, medialnym, prawnym. Przekupstwo, szantaż i zastraszanie z czasów późnego Leonida Kuczmy stały się znów codzienną praktyką.

Wygląda na to, że pomarańczowa rewolucja niczego Janukowycza nie nauczyła. Raczej zaostrzyła jego kompleksy i żądzę rewanżu. Zachodni konsultanci nauczyli go lepiej mówić, zachowywać opanowanie i pozorny spokój, ale nie oduczyli go starych nawyków - czy to postsowieckich, czy bandyckich i autorytarnych.

Cała władza dla mafii

Rozwiązując parlament, prezydent Wiktor Juszczenko podjął szaleńczą próbę powstrzymania marszu lokalnej mafii, która chce opanować cały kraj. A raczej dał szansę obywatelom, by w wolnych wyborach zadecydowali, czy rzeczywiście tego chcą. Bo przecież każdy naród ma taką władzę, na jaką zasługuje. Oczywiście tak długo, dopóki może wybierać, czytać i oglądać media krytyczne wobec władzy, zaskarżać decyzje administracyjne do niezależnych sądów.

Prawnicy będą szukać w dekrecie Juszczenki o rozwiązaniu parlamentu punktów niezgodnych z konstytucją. Być może znajdą coś stojącego w sprzeczności z literą prawa, ale nie z jego duchem. Juszczenko bowiem nie nadużył władzy, nie wprowadził stanu wyjątkowego, nie stał się dyktatorem.

W zeszłym roku prezydent dał szansę Janukowyczowi, by pokazał, czego się nauczył po pomarańczowej rewolucji. I Janukowycz pokazał to w pełnej krasie. Teraz Juszczenko daje narodowi szansę, by pozbył się Janukowycza. Ale naród może z tej szansy nie skorzystać. To by oznaczało, że taki jest nasz los i taki własny wybór. Teraz Ukraińcy mogą dokonać tego wyboru w pełni świadomie.

Janukowycz nie jest już pięknie opakowanym pudełkiem cukierków, które dopiero po otwarciu okazują się nie do jedzenia. W zeszłym roku zagłosowała na niego jedna trzecia wyborców - mniej więcej tylu, ilu swego czasu zagłosowało na Hitlera czy Mussoliniego. Dziś Janukowycz dzięki zakulisowym intrygom kontroluje prawie 60 proc. miejsc w parlamencie. Za chwilę będzie mógł zmienić konstytucję, która zapewni mu rządy w nieskończoność i poza wszelką kontrolą.

Jeśli tak się stanie, za dwa-trzy lata Ukraińcy nie będą już mieć żadnego wyboru. Zapanuje u nas "suwerenna demokracja" na wzór Rosji i Białorusi. I nawet oligarchowie z łezką w oku wspominać będą swój związek zawodowy - Radę Najwyższą (parlament). Okaże się, że wokół rozciągają się bezkresne dzikie pola.

* Mykoła Riabczuk - ur. w 1953, ukraiński krytyk literacki, eseista i poeta, współzałożyciel kijowskiego miesięcznika kulturalno-politycznego "Krytyka". Laureat nagrody POLKUL Fundation za działanie na rzecz stosunków ukraińsko-polskich (w 1999 r.) i polsko-ukraińskiej Nagrody Pojednania (w 2002 r.). W Polsce ukazała się jego książka "Od Małorosji do Ukrainy" (2003)

Tłum. Marcin Wojciechowski

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Wilk zły: tak myślą ci, co go nie znają

Rząd Norwegii urządza gigantyczną obławę aby zabić pięć z 20 występujących w tym kraju wilków

Koszmar, a nie terapia dzieci

Korzystanie z toalety tylko w wyznaczonych godzinach, pacjenci to jednocześnie osoby sprzątające szpital... Co jeszcze dzieje się w radomskim szpitalu psychiatrycznym?

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W środę z ''Gazetą'':