Marcin Wojciechowski: Była premier i przywódczyni opozycji Julia Tymoszenko została skazana na siedem lat więzienia za podpisanie rzekomo niekorzystnych umów gazowych z Rosją. Były szef MSW Jurij Łucenko od ponad roku siedzi za kratkami oskarżony o załatwienie pracy i mieszkania swemu kierowcy. Pan zapewne też znalazłby się w więzieniu, bo władze oskarżyły pana o korupcję. Spodziewał się pan, że represje wobec opozycji będą miały aż taki zakres? Bohdan Danyłyszyn: Szczerze mówiąc nie. Sądziłem, że pewne procesy są już u nas nieodwracalne. Myliłem się.
Obecna władza chce zniszczyć te zalążki demokracji, które udało się nam stworzyć w ostatnich latach. Lekceważona jest wola połowy społeczeństwa, która oddała głosy na Julię Tymoszenko w wyborach prezydenckich w 2010 r. Różnica między nią a prezydentem Wiktorem Janukowyczem wyniosła przecież zaledwie 3 proc.
Obecne władze rozdzierają Ukrainę na pół, dzielą społeczeństwo. Jeśli chcemy mieć więcej demokracji na Ukrainie, to najpierw trzeba zjednoczyć kraj. Obecna władza tylko o tym mówi, zwłaszcza za granicą, ale tego nie realizuje.
Po co to wszystko robi? - Tymoszenko jest prześladowana wyłącznie dlatego, że stoi na czele opozycji. Nasz rząd był najbardziej przejrzysty ze wszystkich, które rządziły dotąd Ukrainą. Nie jesteśmy rzecz jasna bez grzechu, każdy popełnia błędy, ale rozprawa z nami pod pozorem walki z korupcją ma jedynie przesłanki polityczne.
Pana oskarżono o korupcję przy rozbudowie lotniska Boryspol w Kijowie oraz w przetargach na zakup paliwa dla tego portu. - Po pierwsze, mój resort nie podpisywał tych kontraktów, tylko zatwierdzał ich parametry i procedury. Nie zajmowałem się osobiście tymi przetargami, jedynie je nadzorowałem. Na dokumentach widnieją moje pieczątki w imieniu resortu, ale nie śledziłem tych spraw zbyt blisko. Rozpatrywali je odpowiedni urzędnicy.
Stanowczo odrzucam oskarżenia o korupcję w moim resorcie, zatwierdzaliśmy zresztą wszystkie inwestycje na piłkarskie
Euro 2012 w drodze
przetargów. Obecny rząd zrezygnował z tej procedury. I do czego to doprowadziło? Zlecenie na budowę parkingu koło lotniska Boryspol, o które mnie oskarżono, za rządów nowej ekipy dostała ta sama firma co za naszych czasów, praktycznie za taką samą cenę, ale teraz na parkingu będzie 2 tys. miejsc, a my gwarantowaliśmy budowę 3 tys.
Jako pierwszy minister z rządu Julii Tymoszenko wyjechał pan za granicę, by uniknąć więzienia. Nie było możliwości obrony na Ukrainie? - Po zakończeniu pracy w rządzie pojechałem na leczenie do Niemiec, potem wyjechałem do Czech. W Pradze miałem spotkanie z przedstawicielami naszych organów ścigania, przed którymi zadeklarowałem wolę odpowiedzi na ich zarzuty. Ale zamiast tego wydano za mną międzynarodowy list gończy. Zrozumiałem, że chodzi o uwięzienie mnie, a nie wyjaśnienie sprawy. Przez trzy miesiące byłem w czeskim areszcie. W tym czasie wystąpiłem o azyl polityczny i dostałem go. Los moich kolegów z rządu Julii Tymoszenko i Jurija Łucenki pokazuje, że na Ukrainie nie miałbym możliwości sprawiedliwego procesu i obrony.
Dlaczego obóz pomarańczowych nie był w stanie zjednoczyć się przed wyborami prezydenckimi w 2010 r.? Gdyby do tego doszło, Janukowycz nie zostałby głową państwa. - To odwieczny problem Ukrainy. Od samego początku pomarańczowi nie potrafili budować jedności, dominowały emocje, chęć zemsty i osobiste ambicje. Niestety, najbardziej oskarżam o to byłego prezydenta Wiktora Juszczenkę. Po kolei odchodzili od niego wszyscy sojusznicy z czasów rewolucji i dziś jest całkowicie sam.
Obecna opozycja powinna wyciągnąć wnioski z błędów ostatnich lat. Jeśli rzeczywiście chce budować na Ukrainie rządy prawa i zbliżać nasz kraj do Europy, to przede wszystkim powinna się zjednoczyć. Inaczej znowu będziemy tylko kłócić się zgodnie z przysłowiem, że tam gdzie wielu Ukraińców, tam jeszcze więcej hetmanów.
Ale czy porażka obozu pomarańczowej rewolucji to jedynie problem ambicji i wad charakteru poszczególnych osób? Przecież popełniono wiele błędów, zaniechano reform. - Ma pan rację, ale przyczyną zaniechań były właśnie konflikty. Nie umieliśmy na szczytach władzy ustąpić przed własnymi ambicjami dla dobra kraju. Teraz płacimy za to cenę. W 2010 r. naturalnym liderem obozu pomarańczowych była Julia Tymoszenko i to ona weszła do drugiej tury wyborów prezydenckich z Wiktorem Janukowyczem. Należało stworzyć jeden front i wtedy pewnie byśmy wygrali, ale prezydent Juszczenko nie był tego w stanie zrozumieć.
Co teraz czeka Ukrainę? Czy jesienne wybory parlamentarne będą uczciwe? - Nie chciałbym patrzeć na perspektywy Ukrainy wyłącznie przez pryzmat wyborów. Nasza przyszłość jest w Europie i trzeba iść w tę stronę. Trzeba pokazywać światu, że
Ukraina to nie tylko obóz prezydenta Janukowycza.
Zmarnowaliśmy szansę, jaką była dla nas polska prezydencja w Radzie UE. Nie zawarliśmy umowy stowarzyszeniowej z Unią, choć była na to szansa. Uważam jednak, że dla utrzymania integracji europejskiej można iść na kompromisy z obecną władzą, jednoczyć się dla realizacji konkretnych celów. Prezydent Janukowycz i jego ludzie kiedyś odejdą, a Ukraina i jej mieszkańcy zostaną. Trzeba działać z myślą o nich.