4. Wizyta w kołchozie "Moskwa".
Kołchoz jest częścią oazy Murgab, położonej na wschodnim krańcu pustyni Kara-kum. W Europie upowszechniono przy pomocy kolorowych pocztówek obraz oazy jako zielonego, kwitnącego raju. Dalekie to od prawdy. Pustynia, choć pokonana, jest tu wszędzie obecna. W kurzu, w spiekocie i w znoju chłop walczy o każdy skrawek ziemi. Tam, gdzie człowiek ustąpi -pustynia wraca. Człowiek jest śmiertelny, a pustynia - wieczna. Dlatego na świecie jest tyle , porzuconych i zasypanych piaskami oaz. Oaza Murgab jest podzielona na 19 kołchozów, a "Moskwa" błyszczy wśród nich jako kołchoz wzorowy. O "Moskwie" piszą w gazetach. "Moskwę" wymieniają w referatach rocznicowych. Do "Moskwy" przywożą zagranicznych gości.
Program wizyty:
- punkt l,
zwiedzanie plantacji bawełny.
Jest wiosna, bawełna ładnie wzeszła. Rośnie w równych rzędach, na dużym, płaskim polu. Na tym polu pracują trzy młode Turkmenki. Okopują motykami bawełnę, pełno kurzu, bo ziemia sucha i miałka. Dziewczęta są ubrane bardzo elegancko, wyjściowo. Mają długie do kostek, tradycyjne, luźne suknie, na tych sukniach duże broszki, na rękach bransolety, na szyi korale, a we włosach jakieś diademy. Na nogach mają pantofle na wysokim obcasie. Wyglądają tak, jakby za chwilę miały śpiewać w pełnej przepychu operze wschodniej. Na nasz widok odwracają się. Nie chcą odpowiadać na żadne pytanie, milczą. Może nie znają rosyjskiego, a może taki jest zwyczaj. Jeszcze 30 lat temu widok Turkmenki pracującej w kołchozie był wyjątkiem. Dziewczyna nie mogła wyjść w pole, ponieważ nie wolno jej było pokazywać się obcym mężczyznom. Rewolucja nastąpiła dopiero niedawno, w czasie drugiej wojny, kiedy mężczyźni poszli na front i kobiety musiały wyjść do pracy. Ta trójka, którą widzimy na polu, to świadectwo wielkiego przełomu. Stoimy, one w dalszym ciągu milczą, do końca nie powiedzą ani słowa. Ktoś chce zrobić zdjęcie, więc znowu odwracają się tyłem. Po długich namowach stają przed obiektywem, wyprostowane jak struna, poważne. Elegancja dziewcząt jest odbiciem pięknego obyczaju, który wymaga od kobiety stałej dbałości o swój wygląd. Do fabryki i w pole Turkmenki idą ubrane jak na zabawę karnawałową. W wielu krajach podobny zwyczaj został zarzucony. Kobiety noszą tam spodnie, krótkie spódnice, a nawet męskie koszule i swetry. Tego typu moda jest jak na gust turkmeński zbyt przewrotna i nawet niesmaczna;
- punkt 2,
wizyta w kołchozowym przedszkolu.
Dzieciarnia ustawiona w dwuszereg śpiewa z przejęciem powitalną piosenkę. Potem towarzyszka przedszkolanka pokazuje nam czyste, zadbane sale. Takie przedszkole to znowu rewolucja obyczajowa. Dziecka nie wolno było oddawać obcym. Śmiertelność wśród dzieci turkmeńskich była straszliwa - na każde tysiąc umierało siedemset. Teraz kołchoz ma swojego lekarza, swój szpitalik. Troska o dziecko jest widoczna na każdym miejscu, śmiertelność spadła do minimum;
- punkt 3,
zwiedzanie domu kultury.
Jest to nowy budynek, w którym znajduje się duża sala, o tej porze pusta, gdzie odbywają się pokazy filmowe, występy zespołów amatorskich i zebrania kołchoźników. Na ścianach wiszą obrazy współczesnych malarzy turkmeńskich, ilustrujące radość pracy socjalistycznej i osiągnięcia Republiki. Dom kultury ma etatowego artystę, który maluje hasła mobilizujące do czynów produkcyjnych. Na piętrze znajduje się obszerna biblioteka, zaopatrzona w książki rosyjskie i turkmeńskie;
- punkt 4,
rozmowa z Addą Begdurdijewem, przewodniczącym Rady Starców kołchozu, rozmowa przez tłumacza, ponieważ Adda nie zna rosyjskiego.
Adda chodzi w ciepłym chałacie, ma 64 lata, długą brodę i olbrzymią baranią czapę, zwaną telpek. Adda mówi, że ma 30 wnuków: 20 chłopców i 10 dziewczynek. Kobiety, które się przyglądają, kiwają głowami z użalaniem, że to dobra proporcja. Adda też jest zadowolony z tego stosunku 2:1, gdyby było na odwrót, nie miałby się czym chwalić. Syn, syn był wszystkim. Kobieta była bezimienna, dopóki nie urodziła syna. Wtedy przyjmowała jego imię: Umm-Ali, Umm-Ahmed, to znaczy Matka Alego, Matka Ahmeda. Również ojciec przybierał imię syna: Abu-Ali, Abu-Ahmed, to znaczy Ojciec Alego, Ojciec Ahmeda. Mieć rodzinę, to był sens żyda. "Rodzina - pisze o chłopie azjatyckim Wuelersse - to jego nieśmiertelność. Otrzymawszy życie, musi dać życie, w tym jego wielkość i jego misja". Ta tradycja żyje do dziś. Dużo dzieci to radość i duma. Kobieta, która urodzi dużo dzieci, dostaje medal, a ojciec specjalny dodatek. O takich ludziach dobrze mówią, chętnie wybierają ich do władz. Rada Starców powstała sześć lat temu. Dawniej starców zwalczano jako feudalny przeżytek, a teraz mówi się, że trzeba ich szanować, bo tak nakazuje tradycja. Teraz starcy, mówi Adda, zwalczają przeżytki, ot, jaka nowość! Pytam o te przeżytki, z których Adda wylicza sześć jako główne. A więc starcy walczą, żeby: a) mężowie nie bili żon, b) żeby rodzice posyłali dziewczęta do szkoły, c) żeby rodzice nie wydawali dziewcząt za mąż wbrew ich woli, d) żeby mułłowie nie handlowali talizmanami, e) żeby młodzi nie brali ślubów kościelnych, f) żeby wydając dziewczynę za mąż jej rodzice nie domagali się kałymu. Oto z czym Adda toczy wojnę.
Adda wspomina historię "Moskwy". Oaza Murgabu została w pełni skolektywizowana dopiero 20 lat po Rewolucji, taki był tu opór sił antykołchozowych. Bajowie rozsiewali plotki, że kołchozy to "ruska sprawka". Potem nawet ogłaszali przeciw kołchozom świętą wojnę. Musa Serdar ogłaszał. Szałtaj Batyr, Bedy Murad i
Dania Geok też ogłaszali. Babul Karakuli miał siedmiu synów, każdy dowodził bandą. Palili kołchozy, ścinali kołchoźnikom głowy. Adda pamięta, że jeszcze w 1935 roku wychodził w pole z karabinem. Sferach było pracować. A walka z bandami trudna. Banda pójdzie na pustynię, tam ją trudno dostać. W pustyni można się schować lepiej niż w lesie. Walka z bandami toczyła się o studnie. Kto miał studnię, ten rządził pustynią. Potem bolszewicy wytępili bandy. Czerwone oddziały przyniosły Turkmenii spokój. Sławnym dowódcą tych oddziałów był towarzysz Waśkowski, tokarz z Łodzi. Był także towarzysz Bańkowski, towarzysz Tkaczenko. Adda ma teraz spokojną starość i chwali swoje życie;
- punkt 5,
rozmowa z dyrektorem kołchozu "Moskwa". Inżynier Abdulla Gulnazarow ma 32 lata. Studia kończy w Aszchabadzie. Ciekawy, rzeczowy, mądry. Kołchoz uprawia ponad cztery tysiące hektarów ziemi i ma 60 tysięcy hektarów pastwisk. Ludziom żyje się dobrze, mówi, chociaż praca ciężka. Każdy kołchoźnik ma swój dom, swoją działkę, swoje stadko owiec. Zarobki ostatnio są duże. Kołchoz ma dosyć wody, więc jest bogaty. Mają 12 tysięcy owiec, które żyją na pustynnych pastwiskach. Jedna owca potrzebuje 5-10 hektarów pastwiska. To dużo, mówię. A tak, zgadza się Gulnazarow, bo owca musi jeść bez przerwy, dosłownie - bez przerwy. To potwór!
Powrót do Mary i ostatni dzień w Turkmenii. Mary jest stolicą oazy Murgabu i drugim miastem po Aszchabadzie, ma 60 tysięcy mieszkańców. Ludność Turkmenii (mniej niż 2 miliony) żyje w pięciu oazach, reszta Republiki, dziewięćdziesiąt procent powierzchni, to pustynia. Śródmieście Mary jest stare, parterowe, pomalowane na kolor niebieski i żółty. Kiedyś były tu setki sklepików uzbeckich, rosyjskich i ormiańskich, teraz upaństwowionych albo zamienionych na warsztaty i składy. Gorąco, duszno, w połowie dnia robi się szaro. Od pustyni nadciąga pylna zamieć. Ostry wiatr i tumany kurzu, które wypełniają całą przestrzeń między ziemią i niebem. Pył, który oślepia i dławi, nie ma czym oddychać. Zamiera życie, stają maszyny. Teraz Palina i Szczawiej, Adda i te dziewczęta ubrane jak do opery chowają się po kątach, zapadają w szczeliny, naciągają na głowy prześcieradła, koce, co kto ma pod ręką, żeby się nie podusić, burza piaskowa osypuje, potop zalewa ludzi i stada (bo na pustyni są potopy!), a zamieć pylna dławi, dusi, knebluje na śmierć. Ten kurz, ta drobina (to kamień zmielony na pył przez wiatr i wodę), zawieszone w powietrzu, nagrzewają się w słońcu, tak powstaje sucha mgła,. postrach wszystkich ludzi pustyni, sucha i gorąca mgła, kłęby miału rozżarzonego jak węgiel, to jest to, czym pustynia każe oddychać w godzinie swojej furii. Jestem w hotelu, w swoim pokoju, nie ma światła, przede wszystkim nie ma wody, wiatr musiał pozrywać druty, piach pozatykał rury, jeszcze mam łyk ciepłej cieczy w dzbanku, ale co będzie potem? Miasto nie ma wody, telefony odcięte, działa tylko łączność radiowa. Leżę na łóżku, ale wszystko jest mokre, zakurzone, poduszka grzeje jak piec, pić, na pustyni, w czasie burzy, ludzie popadają w obłęd wodny, wypijają nagle cały swój zapas wody, łapczywie, bezmyślnie, właściwie jest to rodzaj szaleństwa, piją nie dlatego, że w tej chwili męczy ich pragnienie, piją ze strachu, opętani myślą, że więcej wody nie będzie, piją, żeby uprzedzić cios. Wymarłe ulice, cisza w hotelu, pusty korytarz, schodzę na dół. Pusta restauracja. Bufetowa siedzi, patrzy w okno. Z ulicy wchodzi Rosjanin, zakurzony, wiatr wyciągnął mu na wierzch koszulę, na głowie ciepła uszanka zapięta pod brodą. Dajcie dwieście gram, mówi do bufetowej. Ona wstaje, nalewa mu szklankę. On to wypija i wydaje z siebie takie ahhhhhhhhh! Teraz będzie lepiej, mówi i wychodzi z tym ogniem w środku na ulicę - w ogień pustyni. Bufetowa przez chwilę odprowadza go wzrokiem. Nasz człowiek, odzywa się, taki wszystko wytrzyma. Potem patrzy na mnie, dobrotliwie, ale i z odrobiną ironii, i bez słowa podaje mi butelkę lemoniady.