http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Świat >  Turkmenistan

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Świat RSS

Turkmenia - republika na pustyni - część 2

2001-09-26, ostatnia aktualizacja 2001-09-26 18:20

Reportaż z tomu "Kirgiz schodzi z konia" - c.d.

2.

Z wędrówek po Aszchabadzie:

- byłem w tkalni dywanów turkmeńskich, prawie tak sławnych jak perskie, choć w Europie są one znane pod nazwą bucharskich, jako że Turkmeni sprzedawali je dawniej na rynkach Buchary. Dominują różne odcienie głębokich, prawie mrocznych czerwieni przeplatanych czarnym albo białym ściegiem. Dywany tkają Turkmenki w dużej hali, w której panuje zupełna cisza. Praca ręczna wymagająca niezwykłej biegłości. Norma państwowa na jedną tkaczkę: utkać w ciągu miesiąca l m2 dywanu. Oznacza to, że w ciągu miesiąca tkaczka musi zapleść 340 000 węzłów. Wydaje się to nieprawdopodobne, tymczasem okazuje się, że jest to norma-minimum, w tkalni pokazywali mi taki dywan, gdzie na l m2 zaplecionych jest l 148 000 węzłów. Nie wiem, jak to zostało obliczone, ale taką cyfrę podał mi dyrektor. W tej tkalni deputowana do Rady Najwyższej ZSRR, Bajrach Hodżediła, i deputowana do Rady Najwyższej Turkmeńskiej SRR, Otaga Babajewa, na czele 15 kobiet tkają dywan na cześć 50-lecia Rewolucji Październikowej. Niewiasty podjęły się utkać dywan wielkości 40 m2 w ciągu pół roku. Będzie on liczył 16 milionów węzłów. Cała Turkmenia tka w ciągu roku 47 000 m2 dywanów. Ponad połowa z tego tkana jest chałupniczo, po domach. Prawie wszystkie dywany idą na eksport, a że są poszukiwane i drogie, dochód dają fantastyczny;

- zastępca głównego architekta Aszchabadu, Wiktor Kutumow, pokazał mi projekty rozbudowy miasta. Sam Kutumow jest jednym z najciekawszych ludzi, jakich tu spotkałem. Ma 28 lat, skończył politechnikę w Leningradzie, był na stypendium we Włoszech. Młody entuzjasta, bardzo inteligentny, doskonale zorientowany w najnowszych kierunkach architektury. Mówi mi, że architektura musi być przede wszystkim funkcjonalna, że budynek jest kompozycją szkła i betonu, że formy architektury określa klimat, a nie wymyślona i sztuczna pseudonarodowość. Pokazuje mi makiety i plany projektów już znajdujących się w realizacji. Są to dzieła najwyższej próby, doskonałe, nowoczesne. Mówię mu, że jak tak dalej pójdzie, za kilka lat ludzie będą przyjeżdżać do Aszchabadu uczyć się, jak budować nowoczesne miasto. Uśmiecha się, ale czuję, że to jest jego ambicją. Jest zafascynowany Nervim i chce budować swój Aszchabad, jak Niemeyer budował Brasilię;

- u ministra rolnictwa Turkmenii, Sachada Muradowa. Rozmowa w jego gabinecie, skromnym, nawet surowym. Przy rozmowie obecny jest wiceminister, Rosjanin. Muradow, w rozpiętej koszuli, młody, pogodny, zarzuca mnie cyframi. Wszystkie moje rozmowy z tutejszymi działaczami państwowymi sprowadzają się w gruncie do jednego wzorca - ile było, ile jest, ile będzie. Pytam ministra o wielbłądy. Chodzi o to, że wielbłądy dawniej likwidowano jako przeżytek. Tymczasem jest wiadome, że w różnych sytuacjach pustynnych wielbłąd jest stworzeniem niezastąpionym. Minister mówi mi, że ostatnio zwyciężył w tej sprawie pogląd bardziej realistyczny i obecnie w Republice rozwija się hodowlę wielbłądów na dużą skalę. Rozmowa trwała pół godziny, z czego pewną część zajęła wymiana różnych zwrotów grzecznościowych;



- chciałem, bardzo chciałem zwiedzić Instytut Pustyń. Jest to placówka unikalna, jedyna w świecie. Instytut zajmuje się możliwością zagospodarowania pustyń, co ma dziś ogromne znaczenie dla gospodarki światowej. Powiedziałem o tej chęci Aszyrowi, który zajmował się mną w Aszchabadzie. Z Aszyrem nigdy nie umiałem znaleźć języka. Wydaje mi się, że uważał, iż wszystko, co mnie otacza, jest tajne, toteż kiedy mu powiedziałem, że chciałbym spotkać się z kimś z Instytutu Pustyń, od razu odpowiedział, że to jest niemożliwe. Ale ja się uparłem. Na to Aszyr mówi, że potrzebna jest zgoda prezydenta Turkmeńskiej Akademii Nauk. Dobrze, mówię, pójdziemy na audiencję do prezydenta. Profesor Biham Azimow, wybitny językoznawca turkmeński, na którego podręcznikach uczy się od pokoleń młodzież Republiki, przyjął nas chętnie. Jest to człowiek pełen uroku i skromności. Powiedziałem mu, że chciałbym zobaczyć Instytut Pustyń, a mianowicie, jak wykorzystać energię słońca do odsalania wody. Gdyby tę jedną sprawę dało się rozwiązać, byłaby to rewolucja na miarę wielkiej rewolucji przemysłowej. Problem jest taki: w gruntach wszystkich pustyń świata znajdują się wielkie złoża wody. Ale ta woda jest słona, nieprzydatna dla ludzi, zwierząt i roślin. Zęby ją wykorzystać, trzeba najpierw wytrącić z niej sól, a do tego konieczna jest energia. Olbrzymie zapasy tej energii zawierają promienie słoneczne, l km2 pustyni otrzymuje rocznie 1,4 1012 kilokalorii energii słońca, co jest równoważne energii cieplnej uzyskanej ze spalenia 200 tys. ton węgla. Wystarczy przemnożyć tę cyfrę przez dziesiątki milionów kilometrów kwadratowych, jakie zajmują na świecie pustynie, żeby uświadomić sobie, jak zawrotne kryją się tu możliwości. Poza tym świat, który na skutek rozwoju przemysłu i rolnictwa zaczyna odczuwać brak wody słodkiej, ma w morzach, w oceanach i pod -powierzchnią pustyń nieograniczone zapasy wody słonej, niezdatnej jednak do użytku. Wodę słodką można otrzymać z wody słonej różnymi metodami - elektrodializy, zamrażania, wymiany jonowej, destylacji itd., ale wymaga to kolosalnych ilości energii. A więc gdyby udało się napędzić energią słońca urządzenia oczyszczające wodę słoną, można by skierować rozwój świata
Prezydent zapewnił, że odwiedzenie Instytutu nie jest żadnym problemem, i zadzwonił do dyrektora. Dyrektor, powiedział prezydent, czeka na mnie. Ale o tej samej godzinie miałem spotkanie z ministrem, którego nie mogłem odwołać. Dyrektor nie mógł mnie przyjąć później, bo odlatywał do Moskwy. Powiedziałem prezydentowi, że nie muszę rozmawiać z dyrektorem, że Instytut ma wielu innych naukowców. Ale tutaj panuje zwyczaj rozmawiania z samym dyrektorem.

Więc na tym się wszystko skończyło.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Brak komentarzy

Gazeta Wyborcza
Newsletter

Nie przegapisz żadnej wiadomości. Zamów codzienny newsletter z najnowszymi informacjami Gazety Wyborczej Zobacz przykład