http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bitwa o Bangkok

Maria Kruczkowska
2010-05-15, ostatnia aktualizacja 2010-05-15 12:23

14 maja, walki manifestantów z tajlandzką armią w trakcie zamieszek w Bangkoku
14 maja, walki manifestantów z tajlandzką armią w trakcie zamieszek w Bangkoku
Fot. ADREES LATIF REUTERS

Stolica zamożnej Tajlandii i do niedawna mekki turystów z całego świata stała się polem bitwy. Wczoraj zginęło siedem osób, a sytuacja zdaje się wymykać spod kontroli i mówi się już o groźbie wojny domowej

Wczoraj w Bangkoku żołnierze atakowali i strzelali gumowymi kulami
Fot. Wally Santana AP
Wczoraj w Bangkoku żołnierze atakowali i strzelali gumowymi kulami
SERWISY
W trwających już dwa miesiące antyrządowych zamieszkach w Bangkoku życie straciły już najmniej 37 osoby, a ponad tysiąc zostało rannych. Wczoraj nastąpiła taka eskalacja, że rządy USA, Wielkiej Brytanii, Japonii i Australii zamknęły swe ambasady i przestrzegły obywateli przed wyjazdem do Tajlandii.

Nad centrum dziewięciomilionowej stolicy Tajlandii unosiły się chmury gazu łzawiącego. Żołnierze i policjanci atakowali zajmujący trzy kilometry kwadratowe obszary kontrolowany przez protestujących. Ci odpowiadali kamieniami i petardami, podpalali opony, a także policyjny autobus. W pewnym momencie żołnierze strzelali gumowymi kulami prosto w tłum.

Zablokowane zostały drogi dojazdowe do stolicy - chodzi o niedopuszczenie nowych demonstrantów, którzy na wezwanie przywódców protestu ruszyli z prowincji z odsieczą.

Protestujący, zwolennicy Zjednoczonego Frontu na rzecz Demokracji przeciwko Dyktaturze, nazywani są od koloru swoich strojów "czerwonymi koszulami". To przede wszystkim populiści, ale także ludzie o umiarkowanych i demokratycznych poglądach, którym wyjątkowo nie podoba się premier Abhisit Vejjajiva. Ich zdaniem jego rząd zyskał władzę dzięki podejrzanym machinacjom, jak nazywają porozumienie o stworzeniu większości w parlamencie.

"Czerwone koszule" demonstrują od 14 marca, ale kryzys trwa znacznie dłużej. Zaczął się w 2006 r., gdy wojsko obaliło premiera Thaksina Sinawatrę, miliardera, który dorobił się na telekomunikacji. Thaksin cieszy się wielkim poparciem uboższych warstw społeczeństwa, ponieważ zainicjował politykę pomocy dla biedniejszych. Szybko jednak wszedł w konflikt z establishmentem, a zwłaszcza z dworem królewskim i armią. Zarzucane mu nadużywanie władzy i nepotyzm stały się pretekstem do bezkrwawego puczu, w wyniku którego Thaksin znalazł się na przymusowej emigracji.

W 2007 r. armia oddała władzę cywilom, ale sytuacja polityczna się komplikowała. Władzę obejmowali kolejni premierzy - zarówno zwolennicy Thaksina, jak i jego przeciwnicy. Obecny premier Abhisit Vejjajiva jest przeciwnikiem Thaksina. Nienawidzące premiera "czerwone koszule" 14 marca ruszyły na stolicę żądając rozwiązania parlamentu i przedterminowych wyborów. Na początku maja Vejjajiva zgodził się na wcześniejsze wybory 14 listopada, ale do porozumienia w końcu nie doszło.

W piątek wieczór obozowiska "czerwonych koszul" w Bangkoku były ogrodzone drutem kolczastym, wokół którego leżą polane benzyną opony. Panowały tam jednak minorowe nastroje.

- Premier rozpoczął wojnę domową - mówił jeden z przywódców protestu Nattawut Saikuar. - Domagamy się, by rząd wycofał wojsko i położył kres przemocy.

Oblegani zgromadzili duże zapasy wody i żywności, ale władze odcięły im wodę i prąd. I choć armia zapewniała wczoraj, że nie szykuje się do szturmu generalnego, to impas może trwać tygodnie, a nawet miesiące.

Minister obrony zapewniał w piątek, że akcja sił bezpieczeństwa ma skłonić protestujących do powrotu do stołu rozmów. Także Thaksin wezwał do rozmów. - Uważam, że rozwiązanie polityczne wciąż jest możliwe. Premier może uniknąć większej liczby ofiar i ocalić kraj - napisał w oświadczeniu.

Obserwatorzy zwracają uwagę, że protest może się rozlać poza Bangkok i wtedy naprawdę grozi wybuch wojny domowej. Nie wiadomo też, co się stanie, jeśli umrze popularny wśród "czerwonych koszul" generał Khattiya Sawasdipol. Ten 58-letni wojskowy przeszedł na stronę demonstrantów i stał się ich doradcą. W czwartek podczas udzielania wywiadu został postrzelony w głowę i walczy o życie. Dla armii ranny generał jest renegatem i terrorystą.

Zdaniem komentatorów władze są pod ogromną presją, by doprowadzić do zakończenia protestów. Tajlandia, która obok Indonezji i Singapuru jest najbardziej proamerykańskim krajem w Azji Południowo-Wschodniej, szczyciła się do niedawna kwitnącą gospodarką uważaną za najsilniejszą w regionie. Teraz inwestorzy zagraniczni wycofują się z Bangkoku, a najbardziej cierpi tajska turystyka, źródło 6 proc. PKB, dająca zarobek 15 proc. pracującym.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':