To wynik głośnego w Szwecji pozwu. Złożyły go w 2009 r. 24 niedoszłe studentki. Twierdziły, że rok wcześniej władze uczelni w Lund nie przyjęły ich na
studia tylko dlatego, że na wydziale psychologii było za dużo kobiet. Choć dziewczyny miały te same kwalifikacje i stopnie co chłopcy, ich podania odrzucono.
Sprawą zajęło się tropiące przypadki dyskryminacji sztokholmskie Centrum na rzecz Sprawiedliwości. Zdaniem prawników tej organizacji równe obsadzenie miejsc na studiach osobami przeciwnej płci nie może być ważniejsze niż zachowanie równych praw wszystkich kandydatek i kandydatów.
Kilka dni temu doszło do ugody pozasądowej.
Uniwersytet, spodziewając się, że przegra proces, zgodził się wypłacić każdej poszkodowanej po 35 tys. koron (ok. 14 tys. zł).
Uczelnia skorygowała też politykę rekrutacji. Od obecnego roku akademickiego o przyjęciu decydują nie płeć, lecz stopnie i kwalifikacje, a w ostatecznym rozrachunku -
rozmowa kwalifikacyjna.
Szwecja od lat słynie z polityki równouprawnienia. Dzięki niej odsetek pracujących kobiet jest tam najwyższy na świecie i wynosi 79 proc.
Zjawisko preferowania mężczyzn - powszechne na sfeminizowanych wydziałach uniwersyteckich czy kierunkach, takich jak: psychologia, weterynaria lub studia nauczycielskie - to niechciany efekt uboczny polityki równouprawnienia. Według szacunków Centrum blisko dwie trzecie uczelni w Szwecji stosuje bądź stosowało dyskryminujący system rekrutacji ze względu na płeć. Ofiarami niemal zawsze są kobiety - w 2009 r. na 5,4 tys. osób starających się o przyjęcie na studia, które zgłosiły przypadki dyskryminacji, aż 95 proc. to właśnie kobiety.
Granica między preferencją dla jednych a dyskryminacją drugich jest bardzo cienka, dlatego też w ostatnich latach w Szwecji odbyło się kilka głośnych procesów, w których nieprzyjęte na studia kobiety skutecznie dochodziły swych praw.