To oczywiście jedynie formalność - nikt nie spodziewał się, że Obama w wyborach 2012 r. nie wystartuje. Ale fakt, że prezydent oficjalnie rozpoczyna kampanię już teraz - 18 miesięcy przed głosowaniem - oznacza, że Biały Dom spodziewa się długiej i trudnej bitwy.
Na stronie internetowej swego komitetu wyborczego Obama opublikował w poniedziałek krótki film przedstawiający zwykłych Amerykanów z różnych stron kraju mówiących o swych problemach i o tym, że ufają Obamie i jego reformom. "Początek jest w nas" - taki napis pojawia się na końcu filmu wraz z logo kampanii wyborczej prezydenta.
Zapewne jeszcze przed opublikowaniem filmu komitet Obamy złożył w centralnej komisji wyborczej zawiadomienie o rozpoczęciu działalności. To niezbędny krok, bo dopiero od tej chwili Obama może zacząć zbierać pieniądze od wyborców.
W 2008 r. komitet Obamy zebrał 750 mln dolarów na prawybory i na samą kampanię prezydencką. Większość z tych pieniędzy została zebrana w drobnych sumach - często po 20-30 dolarów - wysyłanych przez zwolenników Obamy za pośrednictwem internetu.
Komitet wyborczy Partii Demokratycznej, działający niezależnie od komitetów wyborczych kandydatów, zebrał na tę kampanię dodatkowe 250 mln dol. To sprawiło, że kampania prezydencka 2008 okazała się najdroższą w historii - wybór Baracka Obamy pochłonął ponad miliard dolarów.
Ten rekord niemal na pewno zostanie jednak w 2012 r. pobity. Eksperci w USA spodziewają się bowiem, że sam Obama zbierze ponad miliard dolarów, a kolejne kilkaset milionów dołoży partia.
Ilość zebranych pieniędzy ma znaczenie aż z trzech powodów.
Informacja, że kandydat na prezydenta nie ma problemów z zebraniem pieniędzy jest dla wahających się wyborców sygnałem, że jest on niezwykle popularny, warto więc go poprzeć.
Duża liczba datków na kampanię oznacza też, że kandydat ma sprawną siatkę współpracowników, co z kolei pozwala prowadzić większą i bardziej precyzyjnie nakierowaną na poszczególne grupy wyborców kampanię promującą kandydata.
Wreszcie im więcej pieniędzy ma kandydat, tym więcej może kupić reklam - popularnych bilboardów oraz przede wszystkim spotów w radiu i telewizji. W 2008 r. Obama zalał takimi reklamami stany, gdzie toczył najpoważniejsze boje z kandydatem Republikanów Johnem McCainem. I w większości tych stanów wygrał.
McCain miał trzy lata temu tak duże problemy z zebraniem pieniędzy, że zdecydował się przyjąć pomoc państwa. Dostał ponad 85 mln dol., ale w zamian nie mógł zbierać pieniędzy od wyborców. Obama nie przyjął pomocy publicznej, ale zebrał wielokrotnie więcej, niż owe 85 publicznych milionów.
Działający od lat 70. system pomocy finansowej państwa dla kampanii wyborczych pozwala bowiem kandydatom na prezydenta przyjąć duże sumy z budżetu państwa jedynie w zamian za rezygnację ze zbierania prywatnych datków.
W czasach, gdy kandydaci nie mieli tak sprawnych maszyn do zbierania funduszy, taki system miał zapobiec nielegalnemu finansowaniu kampanii np. przez duże firmy. Teraz jednak, głównie dzięki powszechnemu zastosowaniu internetu, popularni kandydaci są w stanie zebrać o wiele więcej.
Według "Washington Post" Obama z tego właśnie powodu nie sięgnie również w tym roku po publiczne pieniądze. Jego rywal z Partii Republikańskiej - ktokolwiek to będzie - też tego nie zrobi, by nie narazić się na zarzut, że wydaje na siebie pieniądze podatników w sytuacji poważnego kryzysu finansów publicznych.
Na razie nie wiadomo, kto z Republikanów zmierzy się z Obamą. Kilku znanych polityków tej partii zapowiedziało już, że zawalczy o nominację, ale żaden z nich nie rozpoczął jeszcze formalnie kampanii. Obama, póki co, jest jedynym oficjalnym kandydatem na prezydenta USA.
Według najnowszych sondaży, nieco ponad połowa Amerykanów uważa, że Obama dobrze wykonuje swój urząd. Prezydentowi pomogły oczywiście najnowsze dane makroekonomiczne, według których po raz pierwszy od kilku lat gospodarka rozpędza się, a bezrobocie w USA spadło poniżej 9 proc.