Słowa Clinton padły podczas wtorkowego wykładu "Internet dobry i zły" na Uniwersytecie George'a Washingtona. Na liście reżimów tłumiących wolność internetu umieściła ona Chiny, Birmę,
Iran, Syrię, Wietnam i Kubę.
Departament Stanu przeznaczył już na ten program od 2008 r. 50 mln dol., ale chce go rozwijać i w tym roku dorzuci jeszcze ekstra 25 mln. Za te pieniądze uruchomiono m.in. serwisy Twittera w językach arabskim i perskim, wkrótce dojdą po chińsku, rosyjsku i w hindi. W planach jest szkolenie dysydentów, jak usuwać z telefonów komórkowych dane w razie aresztowania, czy wynajęcie ekspertów, którzy będą chodzić po birmańskich kawiarenkach internetowych oraz uczyć ludzi zakładania bezpiecznych kont mailowych i tego, jak obejść blokadę stron.
Internet odgrywa coraz większą rolę w działalności opozycyjnej. W Iranie w 2009 r., a ostatnio w Tunezji i Egipcie (przykłady tych krajów przywołała Clinton),
Facebook, Twitter czy YouTube służyły do nagłośnienia informacji o nadużyciach reżimu oraz zwoływania demonstracji. Egipski ruch protestu, który przed tygodniem obalił prezydenta Hosniego Mubaraka, miał swój początek na facebookowej grupie broniącej praw pracowniczych.
Reżimy coraz usilniej starają się odciąć ludzi do sieci. W 2005 r. podczas antyrządowych zamieszek zrobił to
Nepal, dwa lata później Birma. Po protestach w Xinjiangu w 2009 r. Chiny na dziesięć miesięcy zablokowały maile, SMS-y i niektóre strony internetowe w regionie. Pekin dysponuje niezwykle zaawansowanym systemem cenzury sieci nazwanym "złotą tarczą", jednak uważa się, że w praktyce jest on mało skuteczny.
Podczas ulicznej rewolucji w Egipcie, gdzie było tylko pięciu dostawców internetu, reżim Mubaraka kazał im wyłączyć serwery. Zagroził, że jeśli się nie podporządkują, to państwowa firma Egypt Telecom i tak zatrzyma ruch w sieci przesyłowej.
Krytycy amerykańskiego programu uważają, że działania rządu są powolne i nieefektywne. Pieniądze powinny pójść na sprawdzone narzędzia, takie jak technologie obchodzenia "zapór ogniowych". Tymczasem Departament Stanu nie wspiera najskuteczniejszego serwisu, który umożliwia ominięcie chińskiej "złotej tarczy", bo jest on sponsorowany przez Falun Gong, grupę religijną prześladowaną przez władze w Pekinie. Niedawny raport senatorów republikańskich przekonuje, że cały program powinien zostać przekazany w ręce rządowej agencji Broadcasting Board of Governors, która nadzoruje rozgłośnie nadające za granicę, jak Radio Wolna Europa czy Głos Ameryki.
- Poparcie wolności internetu przez każdy rząd jest godne pochwały - mówi "Gazecie" Maung Zarni, w połowie lat 90. pionier internetowego aktywizmu w Birmie, dziś pracownik naukowy London School of Economics. - Jestem jednak sceptyczny co do skuteczności aktywnego "promowania demokracji". To nie technologia wyzwala od dyktatury, ludzie wyzwalają się sami. W Birmie ludzie uczą się od siebie wzajemnie, na zasadach samopomocy. "Nauczyciele" opłaceni przez
USA mogliby narazić swoich uczniów na represje. Ameryka pomogłaby bardziej, np. oferując więcej stypendiów.
Poparcie rządu USA dla wolności w internecie ma swoje granice. Czempiona sieciowej otwartości
Wikileaks Clinton uznała za "złodziei dokumentów". Waszyngton dąży do ekstradycji i osądzenia założyciela portalu Juliana Assange'a, który w ub.r. ujawnił depesze dyplomatyczne USA. W powszechnej opinii udostępnienie dokumentów przez Wikileaks przyczyniło się do obalenia prezydenta Tunezji, bo Tunezyjczycy dowiedzieli się, jak przeżarty korupcją jest ich kraj.
Sami Amerykanie kłócą się zaś o senacką ustawę przezwaną przez krytyków "kill switch", czyli "zabójczy wyłącznik". Daje ona prezydentowi prawo wyłączenia internetu w USA w wypadku zagrożenia bezpieczeństwa, np. cyberataku.
Krytycy ostrzegają, że ustawa da Białemu Domowi ogromną władzę. Zwolennicy przekonują, że "kill switch" porządkuje tylko istniejące przepisy, które już dziś pozwalają władzom wyłączyć część internetu w wypadku, gdyby hakerzy przejęli kontrolę nad elektrowniami atomowymi albo chcieli otworzyć tamę Hoovera.