Najnowsze sondaże są dla Demokratów mordercze. Niecałe dwa lata po historycznej wygranej Obamy po raz pierwszy więcej jest Amerykanów, którym prezydent się nie podoba, niż podoba. Gdy prezydent obejmował stanowisko, chwaliło go 70 proc. wyborców - dziś ledwie 45 proc.
Wprawdzie 40 proc. Amerykanów uważa, że Obama radzi sobie ze zmniejszaniem rosnącego co miesiąc o ponad 60 mld dol. deficytu budżetowego, ale aż 58 proc. uważa, że sobie nie radzi. Deficyt wciąż rośnie i w lipcu przekroczył 13 bln.
Sondaże opisujące nastroje gospodarcze Amerykanów są kluczowe, bo właśnie ekonomia wciąż jest dla nich priorytetem. Strategów Partii Demokratycznej bardzo więc martwi, że zaledwie 13 proc. Amerykanów uważa, iż działania prezydenta poprawiły ich osobistą sytuację materialną.
W sierpniu Waszyngton tradycyjnie się wyludnia - urzędnicy jadą na wakacje. W tym roku jednak Obama nie wypoczywa - on sam i jego ministrowie będą przekonywać wyborców, że w obecnej sytuacji konieczne jest utrzymanie dotychczasowego kursu, by dać szansę zadziałać reformom.
Taką samą taktykę zastosował w 1982 r. prezydent Ronald Reagan. Jego program reform powoli wybudzał gospodarkę z letargu, a akurat zbliżały się wybory do Kongresu. Reformy się powiodły, ale wyborcy okazali się niecierpliwi i odebrali Republikanom większość w parlamencie.
Taktyka Obamy może się skończyć tym samym - w listopadzie Biały Dom może stracić przyjazny mu Kongres. Amerykanie wybiorą wówczas Izbę Reprezentantów i wiele wskazuje na to, że Demokraci mogą nie utrzymać w niej większości.
Według analityków aż 60 demokratycznych kongresmenów jest poważnie zagrożonych przegraną; jeśli Republikanie wygrają ledwie w 37 z tych wyścigów, przejmą władzę w Kongresie.
Dla Obamy byłaby to prawdziwa katastrofa. W Senacie Demokraci mają minimalną większość i Republikanom od dawna udaje się tam zablokować co ważniejsze inicjatywy prezydenta. Tak stało się m.in. z ustawą o walce z efektem cieplarnianym, którą Izba Reprezentantów przyjęła rok temu, a którą Senat dzięki zabiegom Republikanów nie zajął się do dziś.
Jeśli Republikanie przejmą kontrolę nad Izbą Reprezentantów, przez kolejne dwa lata będą blokować inicjatywy Obamy i osłabiać jego pozycję tak, by do kampanii prezydenckiej w 2012 r. stanął jako prezydent pozbawiony zdolności przeprowadzania własnych projektów. A taki prezydent może okazać się dość łatwy do pokonania, bo jedną z najważniejszych cech udanego polityka jest w oczach wyborców właśnie skuteczność.
Według nowego sondażu "Washington Post" aż 51 proc. Amerykanów chciałoby, aby kontrolę nad Izbą Reprezentantów przejęli jesienią Republikanie. Paniki w Białym Domu jednak nie ma - i to właśnie najbardziej dziwi działaczy Partii Demokratycznej.
Wręcz furię wywołał wśród nich w ostatni weekend rzecznik Białego Domu Robert Gibbs, który przyznał publicznie, że Demokraci mogą stracić większość w Izbie. Działacze lewicy są wściekli, bo uważają, że choć przez półtora roku wychodzili z siebie, by pomóc prezydentowi, ten zostawia ich teraz samych sobie w obliczu ofensywy Republikanów.
- Co oni sobie do cholery myślą?! - krzyczał do dziennikarzy "Washington Post" kongresmen Bill Pascrell, który we wtorek wziął udział w poufnej naradzie kierownictwa klubu Demokratów w Izbie Reprezentantów. Jego zdaniem Biały Dom, oczekując klęski w listopadowych wyborach, już teraz próbuje zrzucić za nią odpowiedzialność na kongresmenów.
Podczas tego spotkania demokratyczni kongresmeni narzekali, że Biały Dom traktuje ich z góry, czasem wręcz pogardliwie. Było bardzo ostro i pod adresem Białego Domu posypało się wiele ostrych słów. - To Demokraci, narażając się często na gniew wielu swoich wyborców, przepchnęli przez Kongres kontrowersyjne pomysły prezydenta, np. pakiet stymulacyjny dla gospodarki czy reformę służby zdrowia - przyznała przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi.
Amerykańscy kongresmeni są wybierani w okręgach jednomandatowych, co oznacza, że każdy polityk musi brać pod uwagę specyfikę swego elektoratu. Demokrata, by wygrać np. w Nowym Jorku, musi mieć lewicowe poglądy, ale już jego partyjny kolega z Teksasu w wielu sprawach będzie bardziej konserwatywny niż nowojorscy republikanie.
Dlatego właśnie wielu demokratycznych kongresmenów z konserwatywnej części
USA bardzo wiele ryzykuje, popierając niepopularne w ich okręgach pomysły liberalnego prezydenta. W zamian za to ci kongresmeni żądają przychylności ze strony Białego Domu. I właśnie tej przychylności - mówią z goryczą - dziś brakuje.
Wrzenie w partii jest tak duże, że wielu dziennikarzy mówi wręcz o groźbie buntu demokratycznych kongresmenów przeciw prezydentowi. Sytuacja jest tak poważna, że w nocy ze środy na czwartek czasu polskiego Obama zaprosił do Gabinetu Owalnego Nancy Pelosi i przewodniczącego klubu demokratów w Izbie Steny Hoyera.
Według przecieków spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych, ale Obama obiecał swym partyjnym towarzyszom, że bardziej aktywnie zaangażuje się w pomoc demokratom w jesiennej kampanii. Wysocy urzędnicy rządu będą lepiej koordynować swe inicjatywy z kongresmenami, a sam Obama prawdopodobnie pojawi się u boku najbardziej potrzebujących pomocy posłów.