"Biały Dom znów w najtrudniejszej sytuacji prosi Petraeusa o pomoc, tak jak zrobił to w najgorszym momencie wojny w Iraku prezydent George Bush" - napisał "Washington Post".
Usuwając ze stanowiska dowódcy sił
USA i NATO w Afganistanie gen. Stanleya McChrystala za jego i jego współpracowników prześmiewcze uwagi o przywódcach, w tym o samym prezydencie, Obama wiele ryzykował. Ryzykował gniewne pomruki wojska, przez które McChrystal uważany był za jednego z najlepszych dowódców, a które Demokratów i samego Obamę traktuje z pewną podejrzliwością. I niezadowolenie sojuszników - w obronie McChrystala stanęli i NATO, i prezydent Afganistanu Hamid Karzaj.
Przede wszystkim zaś Obama ryzykował chaos w kwaterze głównej kierującą wojną, która i tak nie idzie dobrze. To McChrystal był głównym autorem nowej, wdrażanej od stycznia strategii, która ma wreszcie przynieść w Afganistanie sukces.
Te wszystkie obawy, przynajmniej na jakiś czas, odsuwa mianowanie Petraeusa. Nie tylko dlatego, że nawet krytyczny wobec generała trzy lata temu "New York Times" dziś przyznaje, że Petraeus "pomógł wyciągnąć Irak znad krawędzi katastrofy" i obejmuje dowództwo nad nową wojną "w momencie, gdy tak jak trzy lata temu w Iraku wielu uważa, że jest ona beznadziejna".
Petraeus jest świetnym wyborem Obamy także dlatego, że był dotąd zwierzchnikiem McChrystala jako dowódca wszystkich sił USA na Bliskim Wschodzie. Ale przede wszystkim - bo jest innym typem generała; "nie tylko wojownikiem, ale i dyplomatą", nie popadnie tak łatwo w gorszące konflikty z otoczeniem Obamy z jednej strony, a Karzajem z drugiej.
Zresztą w Waszyngtonie coraz częstsze są głosy, że Obama może chcieć wymienić i cywilny zespół kierujący wojną w Afganistanie - specjalnego wysłannika Richarda Holbrooke'a, ambasadora w Kabulu Karla Eikenberry'ego, a nawet swego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego Jamesa Jonesa. Wprost apelują o to Republikanie, mówiąc, że za chaos i kłótnie wewnętrzne nie był odpowiedzialny jedynie McChrystal.
Czy jednak Petraeusowi - nawet z jego zdolnościami i otaczającą go aurą niemal cudotwórcy - uda się dla Obamy, NATO i samego Afganistanu wygrać tę wojnę? Uspokoić kraj w stopniu choćby takim, jak Irak w 2007 r.?
Wielu ekspertów w Waszyngtonie ostrzegało wczoraj, że choć Petraeus daje największe nadzieje, to nawet jemu może się to nie udać. W końcu McChrystal realizował strategię, której Petraeus był współautorem i która wzorowana była na irackiej. Sam Petraeus określał ją w skrócie tak: "Zapewnić jak największe bezpieczeństwo ludności, zawrzeć rozejmy z tą częścią partyzantów, która tego chce, zabić tych, którzy nie chcą".
Jednak w porównaniu z Irakiem Petraeus może liczyć na zdecydowanie mniejsze wsparcie miejscowego rządu i armii - Karzaj jest nieporównanie słabszy i cieszy się mniejszym zaufaniem USA niż w Iraku premier Nuri Maliki. Z kolei lokalne poparcie dla talibów jest w Afganistanie większe niż dla Al-Kaidy i sunnickich bojówek w Iraku.
Prezydent Obama ponad pół roku temu ogłosił, że wyśle do pogrążonego wojną Afganistanu dodatkowe 30 tys. żołnierzy - ale tylko na półtora roku, do lipca 2011 r. Jednak dziś widać, że kłopoty w Afganistanie są jeszcze większe niż w Iraku, gdzie po pół roku ofensywy przemoc zaczynała już opadać.
"Kłopoty z usunięciem talibów z mało ważnego miasta Mardża i wątpliwa lojalność prezydenta Afganistanu spowodowały, że toczą się pełne obaw dyskusje, czy uda się dotrzymać harmonogramu wyznaczonego przez prezydenta Obamę" - uważa "New York Times".
Zajęcie Mardży miało być przykładem skuteczności nowej strategii już wiosną, ale pokonani talibowie wrócili tam już po paru tygodniach i nadal toczą się tam walki. Głównego celu tegorocznej ofensywy - uspokojenia bastionu talibów w prowincji Kandahar prawdopodobnie nie uda się osiągnąć w tym roku.
- Sprawy nie idą dobrze, nie ma przełomu jak w Iraku, na który wszyscy liczyli - mówi ekspert ds. afgańskich Bruce Riedel z Instytutu Brookings. - Biały Dom nie ma planu, co z tym zrobić - powiedział kilka dni temu jeden z doradców Kongresu.
Wczoraj wiele komentatorów sądziło więc, że jest bardzo prawdopodobne, iż Petraeus poprosi Obamę, by ten w jakiś sposób wycofał się z zapowiedzianego rozpoczęcia opuszczania Afganistanu w lipcu 2011 r. Sam generał sugerował już zresztą coś takiego podczas przesłuchań w Kongresie tydzień temu. - Lipiec 2011 r. to nie jest moment, w którym kierujemy się do wyjścia, tylko chwila, gdy taki proces zacznie się w zależności od warunków - mówił Petraeus. Dodał, że "postara się zrobić wszystko, by warunki były odpowiednie" do rozpoczęcia wycofywania armii.
Wczoraj w Waszyngtonie nieśmiała nadzieja związana z mianowaniem Petraeusa mieszała się z nastrojami minorowymi - z Afganistanu doszły wieści, że czerwiec już stał się najbardziej krwawym miesiącem trwającej prawie dziewięć lat wojny. Zginęło już 79 żołnierzy NATO.
Już w 2008 r. gen. Petraeus mówił: - Zawsze uważałem, że Afganistan będzie trudniejszą wojną niż Irak...