Artykuł znanego dziennikarza Michaela Hastingsa o dowódcy sił
USA i NATO w Afganistanie gen. Stanleyu McChrystalu wywołał w Waszyngtonie burzę. Bo choć ukaże się dopiero w piątek w magazynie "Rolling Stone", już są znane jego obszerne fragmenty. Generał został wczoraj pilnie wezwany do Białego Domu.
Zapytany o wiceprezydenta Joe Bidena, który często miał inne zdanie niż McChrystal, generał w "Rolling Stone" śmieje się i pyta: "Biden? A kto to?". O doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Obamy Jamesie Jonesie jeden z doradców McChrystala miał powiedzieć "klaun".
Sam McChrystal, gdy dostał e-mail od Richarda Holbrooke'a, specjalnego wysłannika Obamy do Afganistanu i Pakistanu, mówił dziennikarzowi: - O nie, kolejny mail od Holbrooke'a, którego nawet nie chce mi się czytać...
Jeden ze współpracowników generała opowiada o stosunkach dowódcy wojsk w Afganistanie z Holbrookiem: - Szef uważa, że Holbrooke jest jak ranne zwierzę. Wciąż słyszy plotki, że go zwolnią, z tego powodu jest niebezpieczny.
O wpływowym ambasadorze USA w Kabulu Karlu Eikenberrym McChrystal mówi, że czuje się przez niego "zdradzony" za to, że nie poparł go w trakcie narad nad nową amerykańską strategią w Afganistanie, choć miał te same spostrzeżenia, co należy zrobić. Generał opisuje Eikenberry'ego zgryźliwie: - Jak przegramy w Afganistanie, on tylko powie: "A nie mówiłem?".
O samym Obamie i jego polityce generał nie wypowiada w "Rolling Stone" krytycznych uwag, poza taką, że podczas jednej z narad z Pentagonem prezydent "był spięty". Ale jego doradcy już tak. Jeden z nich opisuje, że pierwszym spotkaniem u Obamy "generał był rozczarowany" i że była to "dziesięciominutowa sesja foto". - Miał przed sobą faceta, który będzie dowodził jego p... wojną, ale nie był specjalnie zainteresowany - opisywał Obamę doradca McChrystala.
Rzecznik Pentagonu potwierdził wczoraj, że to uwagi generała o niemal wszystkich przedstawicielach rządu, z którymi ma kontakt, spowodowały jego nagłą podróż do Waszyngtonu: - Generał McChrystal rozmawiał z wiceprezydentem Bidenem i innymi osobami z administracji przez telefon. Po rozmowach zdecydował, że poleci do USA na środową naradę w Białym Domu.
Jednak po południu otoczenie Obamy oficjalnie przyznało, że McChrystal został po prostu wezwany na dywanik. - Prezydent był zły, gdy przeczytał słowa generała. To ogromny błąd - skomentował rozmowy generała z dziennikarzem rzecznik Białego Domu. Zapytany, czy może się ona skończyć dymisją McChrystala, odparł, że "wszystkie opcje są możliwe" i "więcej powie po spotkaniu prezydenta z generałem".
W Waszyngtonie przeważała wczoraj wieczorem opinia, że McChrystala czeka dymisja albo że on sam zrezygnuje. Co ciekawe, także Republikanie, z przeciwnikiem Obamy w wyborach Johnem McCainem na czele, wydali oświadczenie, że "decyzja o przyszłości generała należy do naczelnego dowódcy prezydenta Obamy", co odebrano jako sygnał, że opozycja nie będzie potępiać zwolnienia McChrystala, bo cywilna kontrola nad armią jest najważniejsza.
Jednak wczoraj pojawiały się też głosy, że Obama nie może sobie pozwolić na wyrzucenie głównodowodzącego w Afganistanie w momencie, gdy wprowadzana jest tam w życie nowa strategia wojny, która ma przechylić szalę zwycięstwa na korzyść zachodniej koalicji i afgańskiego rządu prezydenta Hamida Karzaja.
Na niekorzyść McChrystala działa to, że nie jest to jego pierwszy wybryk. Rok temu, gdy Obama przez wiele miesięcy rozważał ze współpracownikami, jaką strategię dla Afganistanu wybrać, McChrystal i większość generałów namawiali go do ofensywy i zwiększenia liczby wojsk, a Biden i część doradców politycznych - do jej zmniejszenia i skupienia się na operacjach antyterrorystycznych. McChrystal wygłosił wówczas w Londynie wykład otwarcie namawiający do swej koncepcji, który Obama odebrał jako "wychodzenie przed szereg", krytykę Bidena i nielojalność.
Jesienią 2009 r. Obama zaprosił McChrystala na rozmowę w Air Force One, która, jak mówili jego współpracownicy, "nie była miła". Ostatecznie jednak prezydent zdecydował się wysłać do Afganistanu kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych żołnierzy.
Wczoraj McChrystal bronił się, jak mógł. Wydał oświadczenie, w którym bardzo przeprasza za ten artykuł. "Spowodowała go moja zła ocena sytuacji. Mam niezwykły szacunek i podziw dla prezydenta Obamy i jego zespołu" - napisał.
Od początku administracji Obamy wielu komentatorów przewidywało, że stosunki lewicowego rządu z wojskiem będą napięte. Doradcy polityków lewicy często prywatnie krytykują generałów za to, że są oni "konserwatystami o mentalności kowbojów". Z kolei od wysokich rangą oficerów w Waszyngtonie można usłyszeć, że Partia Demokratyczna to "mięczaki, które nie rozumieją sił zbrojnych".
Jednak przez półtora roku rządów Obamy do większych spięć nie dochodziło, w czym zasługa sekretarza obrony Roberta Gatesa - jedynego ministra, którego Obama zostawił z rządu George'a Busha.
W ostatnich dniach zaiskrzyło jednak i wokół Gatesa, i wokół różnic między Pentagonem a politykami w sprawie Afganistanu. W książce o obecnym rządzie USA wiceprezydent Biden mówi, że w lipcu 2011 r., gdy Obama obiecał rozpoczęcie wycofywania sił z Afganistanu, "opuści kraj mnóstwo żołnierzy". Gates odciął się od tych słów, mówiąc, że "nic nie zostało jeszcze przesądzone" i "nie można spieszyć się z ocenami" sytuacji w Afganistanie. Gates przyznał też, że postępy prowadzonej od pół roku ofensywy "są wolniejsze, niż myśleliśmy".
Wielu ekspertów wyraża się w ostatnich dniach mniej eufemistycznie i wprost mówi, że nowa strategia w Afganistanie "na razie nie działa, a talibowie wciąż rosną w siłę". I to właśnie, a nie długi język dowódcy, jest dziś głównym problemem rządu USA w Afganistanie.