Widzę w internecie, jak na stronie wielkiego radia tysiące Polaków wysyła do ambasady USA wirtualne piłeczki golfowe, by wyrazić oburzenie, że Barack Obama w dniu, w którym miał być na pogrzebie prezydenta Kaczyńskiego, zagrał w golfa. Na innym portalu czytam złośliwy komentarz: "Znów Amerykanie mają nas w d..., a my z wdzięczności pewnie doślemy im żołnierzy do Afganistanu", a tuż obok: "To ma być nasz sojusznik???"
Ochłońmy.
Amerykanie zachowali się w dniach po polskiej katastrofy bardziej niż w porządku. Do polskich telewizji dzwoniono z zachodnioeuropejskich ambasad w Warszawie z pretensjami, dlaczego tak dużo pokazuje się Waszyngton, a nie ich stolice. Ano dlatego, że w żadnym dużym kraju Europy Zachodniej do księgi kondolencyjnej w polskiej ambasadzie nie stała, jak w Waszyngtonie, kolejka ważnych osobistości z wiceprezydentem i szefową dyplomacji na czele, a obie izby parlamentu nie wydały uchwał o solidarności z Polską... A jednak to do prezydenta USA mieliśmy pretensje.
Nie mówię, jak niektórzy komentatorzy, że golf Obamy w dniu pogrzebu nie ma w ogóle znaczenia. Jest głupim błędem, wpadką wizerunkową. Nie jest kłopotem naszym - Obama naprawdę nie chciał Polaków obrazić. Jest małym problemem dla Amerykanów - bo po raz kolejny z powodu niezręczności część Polaków, jeszcze kilka lat temu najbardziej pro-amerykańskiego narodu na świecie, mogła urażona się poczuć.
Golf Obamy stoi w jednym rzędzie obok innych przykrych, ale w sumie małych wpadek tej ekipy - jak ogłoszenie zmiany planów tarczy antyrakietowej w 70. rocznicę 17 września czy wcześniejsza próba wysłania na obchody rocznicy II wojny na Westerplatte emerytowanej osobistości z trzeciego szeregu. Teraz wystarczyło, by Obama powiedział Polakom, że nie może z powodu chmury wulkanicznej lecieć do Polski, nie suchym komunikatem, a bezpośrednio, do polskich kamer, np. zatrzymując się w drodze na golfa w ambasadzie RP i wpisując kondolencje...
Symbole i interesy
Zostawmy golfa. Symbole w polityce światowej mają spore znaczenie, ale jej nie definiują. Dobre stosunki między państwami budują wspólne wartości i przede wszystkim interesy.
Jest rzeczą i ciekawą, i istotną, że po raz pierwszy w historii Polacy mają wrażenie, że po naszej wielkiej tragedii narodowej najcieplejsza była reakcja nie Zachodu, nie Ameryki, a Rosji. Owszem, wymusiły to tragiczne okoliczności - katastrofa zdarzyła się na rosyjskiej ziemi a elita państwa polskiego leciała uczcić ofiary komunistycznego protoplasty państwa rosyjskiego. Ale gesty (Putin z Tuskiem), słowa (Miedwiediew o Stalinie i Katyniu) i czyny (odważny lot Miedwiediewa do Krakowa) przywódców Rosji mają znaczenie ogromne.
Ogromne, co nie znaczy - wystarczające, by już teraz mówić o nowej erze w stosunkach Polski i Rosji. Ale to może być tej ery początek. Symbole polityczne często rozpoczynają proces zbliżania interesów. Historyczny zwrot w stosunkach polsko - niemieckich został zapoczątkowany pojednaniem Mazowieckiego z Kohlem w Krzyżowej. Ale stał się możliwy dzięki fundamentalnej wspólnocie interesów Warszawy i Berlina - czyli integracji Polski i Europy Środkowej w struktury Zachodu.
Z Rosją będzie trudniej. Czy da się znaleźć status quo między interesami Polski i Rosji w kwestiach energetycznych? Co do przyszłości "ziem strategicznie niczyich", czyli państw między UE a Rosją? Wszelkie kłopoty nasze i Europy Środkowej z Rosją znikłyby, gdyby Rosja obrała wyraźnie prozachodni i prodemokratyczny kurs. Ale czy to możliwe? Jak zawsze w polityce - miejmy nadzieje, nie miejmy nadmiernych złudzeń.
W stosunkach z USA też odejdźmy od symboli - i tych wspaniałych, które w ostatnich dniach przeważały, i nieszczęśliwej niezręczności z golfem. Skupmy się na treści. Na interesach. Ale najpierw obalmy dwa mity.
Po pierwsze, że
Obama nas lekceważy, a Ameryka odsuwa się od Europy Środkowej.
W przeciwieństwie do ekip Clintona i Busha, koło prezydenta nie ma nikogo z większym do Polski sentymentem. Ale tak naprawdę szczególna waga, jaką USA przywiązywały do Polski w latach 80. i 90.była wynikiem okoliczności historycznych, które się już nie powtórzą. Cykl gaf, wynikających z zaniedbań czy lekceważenia, zaczął się przecież nie za Obamy, a już za Busha. To wówczas Waszyngton dokonał rzeczy niebywałej - proponując Polsce tarczę wysłał jednocześnie projekt polskiej odpowiedzi.
Prawica w USA atakuje Obamę za stosunki z Polską - za golfa i za 17 września. Ale w tych atakach my jesteśmy narzędziem, a nie przedmiotem troski. Sprawę golfa prawicowe telewizji i blogi podchwyciły w mig. Tydzień wcześniej, po tragedii, wcale nie były szczególnie wobec Polski serdeczne. W Ameryce nie ma partii, środowisk propolskich czy antypolskich. Są Amerykanie dbający o interesy - swego kraju i swych partii.
Szczególne zainteresowanie USA naszym regionem skończyło się lata temu - wraz z rozszerzeniem UE i NATO. Głębszy kłopot jest ten, że Ameryka odsuwa się w ogóle od Europy. Na brak wrażliwości ze strony Waszyngtonu narzekają dziś nie tylko Europejczycy Środkowi, ale i Zachodni. Ameryka zawsze miała tendencję do traktowania sojuszników utylitarnie. Krytycy mówią, że "jak skrzynki z narzędziami", przyjaciele Ameryki, że "Ameryka ma interesy globalne i szuka globalnych partnerów". W Europie, gdy może ich znaleźć, np. w kwestii Iranu we Francji, W. Brytanii i Niemczech - to jest w porządku. Ale gdy nie znajduje, np. w sprawie zwiększenia wojsk w Afganistanie - to wydaje niecierpliwe pomruki, a co najmniej traci zainteresowanie kontaktami. Tak po prostu jest.
Mimo sześciu podróży do Europy Obama dał europejskim mediom jeden wywiad - dziwacznie wybranej niszowej stacji Canal Plus we Francji. Moi znajomi korespondenci prasy niemieckiej czy francuskiej po każdej wizycie zgryźliwie narzekali, że Amerykanie mówili o "napiętym programie" prezydenta, a ten tuż po powrocie udawał się na pół dnia... na golfa.
Obama w ogóle udziela mało wywiadów. Ale przez rok dał je mediom arabskim, pakistańskim, rosyjskim, indonezyjskim i chińskim. To dokładnie pokazuje priorytety Ameryki. Tam są dziś kłopoty i pola zainteresowania mocarstwa. Europa jest w tle.
W takich warunkach powstaje mit drugi, popularny i nad Potomakiem, i nad Wisłą, że
Źródło: Gazeta Wyborcza