Chodzi o tzw. TAWS - specjalny system komputerowy, który z wyprzedzeniem ostrzega pilotów przed np. wzgórzami lub masztami antenowymi, które mogą napotkać, podchodząc do lądowania. Gdy pilot niebezpiecznie zbliża się do takiej przeszkody albo leci zbyt nisko, w słuchawkach rozlega się syrena, a męski głos wydaje polecenie: "Ziemia, ciągnij w górę". Alarm rozlega się też, gdy system wykryje, że samolot zaczął zbyt wcześnie schodzić do lądowania i grozi mu rozbicie się przed pasem startowym.
System działa na podstawie danych z wysokościomierza, barometru oraz
GPS i cyfrowych map kuli ziemskiej. Odkąd wprowadzono go do użytku 20 lat temu, ani razu nie zawiódł, bo żaden z samolotów, na których go zainstalowano, nie rozbił się, podchodząc do lądowania. - Wielu ludziom uratował już życie - mówią o nim z uznaniem amerykańscy piloci wojskowi, którzy z TAWS latają od kilku lat.
System montuje się też obowiązkowo na pokładach wszystkich nowych samolotów. Dziś jedynie 5 proc. samolotów pasażerskich lata bez niego. Rok temu pomyślnie testy przeszła specjalna wersja TAWS opracowana dla helikopterów.
TAWS zainstalowano także w polskich rządowych tupolewach Tu-154. - Dlatego ta katastrofa robi się coraz bardziej tajemnicza - ocenia amerykański
dziennik. System powinien uruchomić alarm na długo przed uderzeniem prezydenckiego tupolewa w antenę przed smoleńskim lotniskiem, dzięki czemu załoga miałaby czas, by podnieść samolot i przelecieć nad przeszkodą.
Cytowany przez "
USA Today" ekspert od spraw bezpieczeństwa lotów twierdzi, że musiało się coś stać, skoro piloci zignorowali ostrzeżenia systemu. - Żaden pilot tego by nie zrobił, niezależnie od pogody i bez względu na presję, pod jaką był - mówi.
Inny z cytowanych ekspertów przypuszcza z kolei, że w bazie danych systemu TAWS mogło nie być kompletnych cyfrowych map okolic Smoleńska.