To wydarzenie historyczne - o powszechne ubezpieczenie zdrowotne starali się różni amerykańscy prezydenci od prawie 100 lat. Ustawę przegłosowano o 22.48 (3.48 w nocy w Polsce) stosunkiem głosów 219 do 212. Wszystkie głosy "za" należały do demokratów, wszyscy Republikanie, 178, a także 34 demokratów, było przeciw. Kluczowe było przekonanie do ustawy w niedzielę grupy ok. 10 demokratów - przeciwników aborcji. Obama obiecał im, że wyda specjalne rozporządzenie uniemożliwiające także po wejściu w życie reformy finansowanie aborcji z pieniędzy podatników.
W ostatecznym kształcie ustawa zakłada, że każdy obywatel (lub jego pracodawca) będzie musiał wykupić ubezpieczenie. Jeśli tego nie zrobi, zapłaci 695 dolarów kary, firmy powyżej 50 zatrudnionych - 2000 od pracownika. Dzięki temu, a także rozszerzeniu państwowego ubezpieczenia dla najbiedniejszych (o dochodach poniżej 30 tys. rocznie na rodzinę) oraz dopłatom do ubezpieczeń dla zarabiających trochę więcej, reforma ma doprowadzić do ubezpieczenia ponad 90 procent z dziś nieubezpieczonych ok. 33 milionów Amerykanów. Nadal nie będzie ubezpieczonych prawie 10 milionów nielegalnych imigrantów (ich dzieci ubezpieczone są).
Przeciwnicy reformy argumentują jednak, że ponieważ jednocześnie ustawa zakaże firmom ubezpieczeniowym odmawiania polis osobom już chorym, to wielu młodych ludzi nadal będzie wolało się - tak jak dziś - nie ubezpieczać. Będą płacić 695 dolarów rocznie kary (zamiast ok. 400 dolarów miesięcznie za polisę) a w razie choroby i tak ubezpieczenie dostaną. Opozycja republikańska mówi także, że ustawa jest nie do przyjęcia, bo podnosi podatki. Duży wzrost podatków czeka obywateli zarabiających ponad 200 tysięcy i rodziny ponad 250 tysięcy dolarów. Przycięte zostaną też wydatki na bardzo hojne w
USA państwowe ubezpieczenie zdrowotne dla emerytów. Składki ubezpieczeń nadal będą rosnąć, choć Demokraci mają nadzieję, że wolniej niż w ostatnich latach.
Niedzielne głosowanie w Izbie Reprezentantów praktycznie rozstrzyga losy reformy. Kongresmeni najpierw przegłosowali uchwaloną w grudniu senacką wersję ustawy, więc prezydent Obama może podpisać ustawę lada dzień. Potem i Izba, i Senat przegłosują do niej poprawki, a prezydent jeszcze raz je zaakceptuje. Dzięki zastosowaniu tej rzadkiej, choć legalnej procedury "pojednania" Demokraci mogą w senacie przegłosować poprawki zwykłą większością 51 głosów, a nie zwyczajową przy uchwalaniu ustaw większością 60 w 100-osobowym Senacie (którą ostatnio Demokraci stracili).
Głosy Republikanów, że ta procedura to "szczyt naginania prawa", są nieuzasadnione. Natomiast mają oni rację mówiąc, że niezwykłe jest przegłosowanie tak mocno zmieniającej system gospodarczy i społeczny USA reformy w głosowaniu czysto partyjnym. Zarówno wprowadzenie państwowych emerytur w latach 30., jak i ubezpieczenia zdrowotnego dla biednych i emerytów w 60., odbyło się przy poparciu części opozycji. Obecną reformę zdrowia Republikanie odrzucają w całości. Demokraci mówią, że to raczej 'świadczy o tym, że prawica się w ostatnich latach mocno zradykalizowała, niż o tym, że reforma jest zła.
Tak czy owak, jak napisał komentator prawicowy Fred Barnes, po przyjęciu ustawy przez Kongres "wojny zdrowotne w USA dopiero się zaczną". Prawica będzie atakować i sposób przegłosowania ustawy, i jej treść. Zrobi z niej główny temat wyborów do Kongresu w listopadzie. Rządzone przez nią trzy stany - Wirginia, Utah i Idaho - już przegłosowały, że rząd federalny nie ma prawa zmuszać obywateli do wykupu ubezpieczeń. Planują to kolejne stany, w kilku ta kwestia stanie się przedmiotem referendów w listopadzie - wraz z wyborami. Prawdopodobnie ten spór konstytucyjny rozstrzygnie dopiero sąd najwyższy.
Wedle ostatniej średniej z sondaży 49 procent Amerykanów jest przeciw reformie, 40 procent ją popiera.