Od 1973 r., wraz z falą przestępstw na tle narkotyków oraz praktyką coraz ostrzejszego karania, liczba więźniów rosła lawinowo - przez 36 lat o 700 proc. I to pomimo że od początku lat 90. w
USA spadają niemal wszystkie wskaźniki przestępczości.
W zeszłym roku liczba więźniów jednak się nie zwiększyła. Jak ujawnił właśnie w swoim raporcie instytut Pew, w więzieniach nadal było ok. 2,3 mln osób, siedzi więc jeden na stu dorosłych.
Raport pokazał też, że w 2009 r. liczba osób w więzieniach stanowych (są jeszcze federalne) po raz pierwszy spadła. Częściowo jest to wynikiem oszczędności wprowadzonych przez wiele stanów, które wypuszczają więźniów przed terminem, by nie płacić za nich przeciętnie 80 dol. dziennie (roczny koszt pobytu to ok. 25 tys. dol.).
Jednak większe znaczenie ma zmiana nastawienia do karania w ostatnich latach. Zamiast zamykania na długo stosuje się coraz szerzej dozór elektroniczny po odsiedzeniu części kary, zwiększa liczbę kuratorów czy buduje ośrodki pomocy narkomanom.
Te metody zaczął wykorzystywać nawet znany z twardego karania przestępców Teksas. Trzy lata temu analizy wskazywały, że mimo zmniejszenia przestępczości liczba więźniów wzrośnie do 2010 r. o 17 tys. i trzeba będzie wybudować nowe więzienia za 2 mld dol. Zamiast tego kosztem 200 mln wzmocniono nadzór nad wypuszczanymi skazanymi. Efekt? W ubiegłym roku liczba więźniów spadła o 1257, zmniejszyła się też przestępczość.