- Opowiadamy się za niepodzielnym internetem, w którym cała ludzkość ma równy dostęp do wiedzy i idei - powiedziała w czwartek Hillary Clinton. Sekretarz stanu
USA w niezwykle ostrym wystąpieniu wygłoszonym w muzeum gazet w Waszyngtonie potępiła Chiny, Koreę Płn., Egipt, Wietnam, Tunezję, Uzbekistan i Arabię Saudyjską jako kraje, które "ograniczają wolny przepływ informacji", "gwałcą prawo do prywatności obywateli, rozmawiających o polityce " a także "używają internetu jako narzędzia do śledzenia i uciszania ludzi [różnych] religii".
"Wall Street Journal" od razu nazwał to wystąpienie "doktryną Clinton". To z pewnością najpoważniejsza rękawica rzucona dotąd Chinom przez rząd Baracka Obamy. Clinton wezwała Pekin, by "przeprowadził wnikliwe śledztwo w sprawie ataków internetowych" na amerykańskiego giganta komputerowego
Google w zeszłym tygodniu. Ataki, przeprowadzone z Chin jak się przypuszcza za zgodą lub nawet na zlecenie Pekinu, wywołały przełom w stosunkach Chin z wielkie koncernami internetowymi.
Przez lata, mimo potępienia ze strony obrońców praw człowieka a także Kongresu USA, giganci tacy jak Google, Yahoo, Cisco czy
Microsoft godziły się na cenzurowanie internetu przez władze chińskie. W chińskich wyszukiwarkach Google nie można np. znaleźć prawdy o masakrze na placu Tiananmen czy o Dalajlamie.
Pięć lat temu władze chińskie wykorzystały przekazane przez Yahoo dane właścicieli kont e-mailowych do skazania niezależnego dziennikarza Shi Tao na 10 lat więzienia. Niektórzy kongresmani potępiali amerykańskie firmy za to, że te "pomagają budować nowy Chiński Mur - tym razem internetowy".
Jednak tydzień temu doszło do - jak podał Google - "zmasowanego i bardzo skomplikowanego cyberataku z Chin" na serwery firmy w Ameryce. Chińscy dysydenci skarżyli się potem, że włamano się do ich kont internetowych na należącym do Google serwisie Gmail.com.
O cyberatak na swe serwery oskarżył też Chiny rząd indyjski. Google oświadczył, że w odpowiedzi przestanie zezwalać cenzurować chiński internet, a jeśli to się nie uda, zastanowi się nad całkowitym wycofaniem z chińskiego rynku (Google ma 36 proc. udziału w rynku wyszukiwarek internetowych w tym kraju). Wczoraj firma wstrzymała dostarczenie na chiński rynek dwóch modeli telefonów komórkowych ze swym oprogramowaniem.
Teraz rząd USA, słowami Clinton, zdecydowanie poparł Google'a. Szefowa dyplomacji powiedziała: - Gdy interesy zagrażają wolności wypowiedzi, firmy powinny rozważyć, co jest słuszne, a nie tylko myśleć o zyskach. Mam nadzieję, że odmowa poparcia dla cenzury politycznej stanie się znakiem firmowym amerykańskich firm technologicznych.
Wiceszef chińskiego MSZ już przed wypowiedzią Clinton powiedział, że "incydent z Google nie powinien wpływać na stosunki amerykańsko-chińskie". Ale rząd USA tym razem chyba traktuje serio własne deklaracje o obronie wolności słowa.
Już kilka dni temu pięciu amerykańskich senatorów poparło żądanie republikanina Sama Brownbacka, by szybko wesprzeć kwotą 45 mln dol. organizacje pomagające obywatelom krajów dyktatur omijać w internecie bariery budowane przez ich rządy. Te pieniądze były już przyznawane w ostatnich dwóch latach, ale dyplomacja USA i za Busha, i za Obamy ich nie wykorzystywała. Działacze praw człowieka twierdzą, że z przyczyn politycznych - by nie drażnić dyktatorów, zwłaszcza Chińczyków.
Teraz prawdopodobnie to się zmieni. Clinton powiedziała wczoraj, że rząd USA wesprze rozwój "narzędzi internetowych, które umożliwiają obywatelom realizację ich prawa do wolności wypowiedzi".
Czym to się wszystko skończy? - Nie wierzę, by Pekin odpuścił Google'owi, by pozwolił firmie na to, by jej serwisy w Chinach były niecenzurowane - mówi John Palfrey, profesor Uniwersytatu Harvarda, specjalista od wolności słowa w internecie. Amerykańsko-chińska cyberwojna dopiero się więc zaczyna.