http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wyborczy szok w rocznicę Obamy

Marcin Bosacki, Waszyngton
2010-01-20, ostatnia aktualizacja 2010-01-21 08:57

Zwycięstwo Scotta Browna to koniec najważniejszej z planowanych reform Baracka Obamy?
Zwycięstwo Scotta Browna to koniec najważniejszej z planowanych reform Baracka Obamy?
Fot. Elise Amendola AP

Po przegranej w Massachusetts rządzący USA Demokraci zaczęli natychmiast szukać winnych. I kłócić się, czy ich najważniejsza reforma - zmiana systemu zdrowia - ma jeszcze w ogóle jakieś szanse

ZOBACZ TAKŻE
Wygrana republikanina Scotta Browna nad demokratką Marthą Coakley jest w Ameryce wielką sensacją. Demokratów jest w Massachusetts niemal trzy razy więcej niż Republikanów. Co piąty demokrata zagłosował wprawdzie we wtorek na Browna, ale o wszystkim zdecydowali wyborcy niezależni, którzy poparli republikanina w stosunku ponad 2 do 1.

- Ludzie są wściekli, sfrustrowani. Ta sama fala, która wyniosła mnie do Białego Domu, teraz wyniosła Scotta Browna do Senatu - powiedział wczoraj prezydent Barack Obama

Ledwie 14 miesięcy temu Obama wygrał w Massachusetts z Johnem McCainem różnicą aż 26 punktów. W dodatku Brown obejmie miejsce w Senacie po zmarłym niedawno Edwardzie Kennedym, bracie zamordowanego prezydenta USA Johna, ikonie politycznej lewicy w USA, polityku piastującym funkcję senatora przez prawie pół wieku.

Szok jest tym większy, że jeszcze miesiąc temu Coakley, dużo lepiej znana w Massachusetts stanowa prokurator generalna, prowadziła z Brownem 58 do 38 proc. Jednak od początku stycznia gonił on ją w sondażach w tempie sprintera. W ostatnich dniach na pomoc Coakley rzuciła się cała Partia Demokratyczna. W sobotę był z Coakley na wiecach Bill Clinton, w niedzielę - sam prezydent Obama.



Przez ostatnie trzy dni ochotnicy Demokratów wykonali rekordową liczbę 1,2 mln telefonów do wyborców w Massachusetts, zachęcając ich do głosowania na Coakley. Nic to nie dało. Brown wygrał przy bardzo wysokiej frekwencji 52 do 47 proc.

Jego wygrana oznacza dla Obamy bardzo duże kłopoty w Kongresie. Najważniejsze będą losy reformy służby zdrowia, której przepychanie przez Kongres jest na ostatniej prostej. - Może powinniśmy przestać mówić, że wszystko przez to, że wyborcy nas nie rozumieją. Może powinniśmy ich słuchać i zacząć prace nad reformą zdrowia od nowa - mówił na gorąco we wtorek w nocy kongresman demokratów z Nowego Jorku Anthony Weiner.

Wczoraj poparło go kilkunastu innych demokratów, głównie tych, którzy boją się, że w wyborach w listopadzie fala niechęci wyborców do reformy także ich pozbawi stanowisk. Jednak główny doradca Obamy David Axelrod mówił wczoraj, że "wycofywanie się z reformy byłoby kolosalnym błędem", a prezydent zrobi wszystko, by jednak reformę przez Kongres szybko przepchnąć.

Być może Obama będzie musiał zmienić projekt ustawy tak, by przekonać do niej choć jednego republikanina. Będzie to wówczas reforma mniej ambitna, ubezpieczająca mniejszą część z ponad 40 mln nieubezpieczonych dziś Amerykanów, ale dużo tańsza.

Demokraci w środę zajmowali się jednak głównie wzajemną wojną na oskarżenia: kto jest winien największej ich klęsce wyborczej od lat, i to w dodatku ledwo rok po ogromnym zwycięstwie Obamy i całej partii.

Doradcy z Białego Domu wskazywali na to, że Coakley była wyjątkowo słabą kandydatką. To prawda, Coakley prowadziła słabą kampanię, a do początku stycznia prawie nie pokazywała się na wiecach, gdyż uznała, że i tak wygra fotel po Kennedym. Tymczasem Brown mówił, że "ten fotel należy do ludzi", i prowadził energiczną kampanię "zwykłego faceta" na półciężarówce walczącego z wysokimi podatkami, nadmiernymi wpływami Waszyngtonu oraz przyznawaniem terrorystom prawa do normalnego sądu.

Na domiar złego kilka dni przed wyborami Coakley palnęła wielką gafę. Powiedziała, że sławny bejsbolista Czerwonych Skarpet z Bostonu jest... fanem znienawidzonych tam nowojorskich Jankesów. Wyborcy w Massachusetts uznali, że Coakley nie ma pojęcia o stanie, który chce reprezentować.

Jednak ludzie Coakley twierdzili wczoraj, że wszystkiemu winna jest niepopularność Obamy i rządzących Kongresem Demokratów. Dodawali, że to już trzecia wyraźna przegrana wyborcza ich partii w ostatnich miesiącach - w listopadzie Republikanie wygrali fotele gubernatorów New Jersey i Wirginia, stanów, które rok wcześniej, tak jak Massachusetts, mocno poparły Obamę.

Zdaniem obserwatorów winne są oba te czynniki. Dobry kandydat Demokratów pewnie by w Massachusetts wygrał. Ale pierwszy rok niepodzielnych rządów Demokratów rzeczywiście Amerykanów rozczarował. Brown i Republikanie byli w stanie z wyborów w Massachusetts zrobić referendum w sprawie oceny Obamy i jego planów reformy zdrowia. Paradoks polega na tym, że w Massachusetts bardzo podobną reformę, zapewniającą ubezpieczenie niemal wszystkim, wprowadzono już kilka lat temu - i jest ona niepopularna, bo kosztuje budżet stanu dużo więcej, niż zakładano, a koszty ubezpieczeń wzrosły.

Obamę spotykały wczoraj razy i z prawa, i zlewa. Mocno lewicowy komentator Joseph Palermo pisał, że "rząd Obamy przez ten rok poszedł na zbyt wiele układów z grupami interesów, które zwykli Amerykanie uważają za pasożytnicze", jak wielkie banki i towarzystwa ubezpieczeniowe, by wciąż "być uznawanym za prezydenta zmiany".

Wybory pokazały też rozleniwienie polityczne i organizacyjne Demokratów. Rok temu Obama pokonał McCaina m.in. dzięki temu, że miał perfekcyjnie zorganizowaną kampanię, świetne reklamówki i gigantyczną kampanię w internecie. Przez ostatni rok Republikanie nadrobili dystans i teraz pokonali Demokratów ich własną bronią - dziś to ich kampania telewizyjna i internetowa była zdecydowanie lepsza (Brown miał cztery razy więcej przyjaciół na Twitterze i Facebooku niż Coakley).

Republikanie już w listopadzie, gdy nikt nie myślał, że mają w Massachusetts szanse, wysłali z Waszyngtonu do pomocy Brownowi 60 ludzi. Zbyt pewni siebie Demokraci na serio rozpoczęli wspierać Coakley dopiero dwa tygodnie temu.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

Kto się wstydzi krzyża?

Pewnej nocy ktoś wywiercił dziury i przykręcił krzyże katolickie. A kolejnej ktoś ukradł krzyż prawosławny... Matka sołtysa wpada do izby i krzyczy: - LEPIEJ NIC IM NIE GADAĆ!

Dlaczego wierzę. Do Krzysztofa Vargi

Napisał pan, że wiara jest deską ratunku, ale nabitą gwoździami. Tak, można się na drodze wiary mocno poranić. Ale my, chrześcijanie, wierzymy, że u kresu tej drogi będzie na nas czekać coś wspaniałego