- Doszło do błędów w systemie, to całkowicie nie do zaakceptowania - powiedział we wtorek wieczorem prezydent. Dodał, że "jedna z gałęzi naszego systemu wywiadowczego" wiedziała o podejrzeniach wobec 23-letniego Nigeryjczyka Umara Faruka Abdulmutallaba. I gdyby nie wada w konstrukcji bomby i szybka reakcja pasażerów, zabiłby on w Boże Narodzenie 289 osób w samolocie z Amsterdamu do Detroit. Obama powiedział, że Abdulmutallaba można było wcześniej wpisać na listę "nie leci" obejmującą podejrzanych o terroryzm i wtedy nie wsiadłby on do samolotu do
USA.
Współpracownicy prezydenta mówią anonimowo, że prezydent żąda "wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych", choć nie wiadomo, czy oznacza to dymisje. W Waszyngtonie pełen jest plotek, że polecieć może głowa narodowego dyrektora ds. walki z terroryzmem Denisa Blaira. To jego urząd powołany po 11 września 2001 roku był odpowiedzialny za połączenie informacji tak, by do zamachu nie dopuścić.
Oświadczenie Obamy to gwałtowna zmiana retoryki Białego Domu. Przez pierwsze dwa dni po zamachu wysokiej rangi urzędnicy milczeli, w niedzielę zarówno rzecznik prezydenta, jak i minister bezpieczeństwa wewnętrznego Janet Napolitano mówili, że "system zadziałał". W poniedziałek Napolitano wycofała się już z tych słów, ale sam Obama mówił jeszcze wówczas, że zamach to dzieło "izolowanej jednostki". Wczoraj przedstawiciele rządu przyznawali już, że związek Abdulmutallaba z Al-Kaidą jest właściwie pewny.
Jest już jasne, że system ostrzegawczy wywiadu USA zawiódł na całej linii.
CIA miała 19 listopada informacje od ojca Abdulmutallaba, który przyszedł do ambasady USA w Lagos i powiedział, że syn wpadł w objęcia islamskich radykałów. Ale to nie wszystko. Wiadomo, że następnego dnia odbyło się spotkanie kilku agencji wywiadowczych na temat Abdulmutallaba. Nasłuch wywiadowczy USA ustalił też, że młody Nigeryjczyk, być może Abdulmutallab, ma kontakty z Al-Kaidą w Jemenie. M.in. z radykalnym imamem Anwarem al Awlakim, który kontaktował się zarówno z zamachowcami z 11 września, jak i z majorem Nidalem Malikiem Hassanem, który niedawno zabił 13 kolegów - żołnierzy w Fort Hood w Teksasie.
Jednak nic z tym nie zrobiono, Abdulmutallabowi nie cofnięto nawet amerykańskiej wizy. W Boże Narodzenie wsiadł on do samolotów - najpierw w Lagos, potem w Amsterdamie.
Przedstawiciele CIA i innych agencji wywiadowczych tłumaczą mediom amerykańskim, że żadna z informacji z osobna nie oznaczała "automatycznego włączenia alarmu", gdyż np. ojciec Abdulmutallaba mówił tylko o radykalizacji syna, a nie o tym, że ma on kontakty z Al-Kaidą. Jednak i oni przyznają, że te informacje zebrane do kupy powinny były doprowadzić do wszczęcia stanowczych środków zaradczych. Jednak, podobnie jak przed 11 września, system wywiadowczy zawiódł.
Republikanie atakują Obamę i Demokratów na całego. - Oni po prostu nie rozumieją, że znajdujemy się w stanie wojny z Al-Kaidą - mówił czołowy ekspert opozycji od terroryzmu kongresmen Peter King. Republikanie krytykują też Obamę, który jest na wakacjach na Hawajach, że zbyt długo zwlekał z jasną wypowiedzią o zamachu.
Jednak w tych atakach jest sporo hipokryzji - system, który właśnie zawiódł, został stworzony za prezydenta Busha. A sam Bush w 2001 roku, po udaremnionym zamachu w samolocie "shoe bombera" Richarda Reida, przerwał wakacje jeszcze później niż teraz Obama, bo po pięciu dniach.
Cała sprawa może mieć dla Obamy poważne konsekwencje z innego powodu. Do kierowania Abdulmutallabem przyznała się działająca w Jemenie organizacja terrorystyczna Al-Kaida na Półwyspie Arabskim. Teraz przedstawiciele rządu USA przyznają, że to prawda. Tymczasem na jej czele stoją dwaj terroryści wypuszczeni z Guantanamo jeszcze za Busha, w 2007 roku. Rząd Obamy planował przetransportować do Jemenu kolejnych ok. 50 więźniów z Guantanamo. Teraz zamknięcie Gitmo, i tak w USA mało popularne, będzie dla Obamy jeszcze trudniejsze.