Barack Obama albo patrzący sobie na buty, albo na gospodarza, gdy ten poucza go, by zwalczać protekcjonizm gospodarczy. I Hu Jintao - spoglądający przed siebie bez jednego grymasu, gdy przemawia prezydent
USA.
Tylko gdy Obama napomknął, że "popiera szybkie rozmowy z przedstawicielami Dalajlamy", Chińczyk mrugnął. Raz. Może się w duszy zaśmiał, że gość z Ameryki popiera coś, czego nie ma w planach.
Nie przywiązuję raczej wagi do mowy ciała polityków, do scenografii i tak zwanych historycznych szczytów. Historia nie toczy się na konferencjach prasowych przywódców. Ale ten akurat obrazek z 17 listopada 2009 r. warto zapamiętać.
Podczas trzech dni wizyty Obamy w Chinach coś ważnego się stało, a raczej - pokazało. Nie, nie to, że, jak to określił jeden z waszyngtońskich znawców Chin, "jedno supermocarstwo symbolicznie zastąpiło drugie". Swą tezę wsparł definicją, co to jest supermocarstwo - państwo, któremu nikt inny nie może nic kazać. W istocie podczas szczytu w Pekinie tak zachowywał się Hu, nie Obama, ale teza, że teraz to
Chiny są mocarstwem numer jeden, jest grubą przesadą.
Obama w Pekinie nie osiągnął konkretów w żadnej kwestii - praw człowieka, Iranu, Korei Północnej, klimatu, kursu juana szkodzącego gospodarce USA, otwarcia rynków chińskich. Trudno jest twardo negocjować z pozycji dłużnika z bankierem, któremu jest się winnym prawie bilion dolarów. I - co gorsza - od którego w najbliższym czasie chce się pożyczyć kolejne setki miliardów. Trudno, by kraj, dla którego kryzys gospodarczy oznaczał lekkie spowolnienie wzrostu, pouczało państwo, które się ledwo z kryzysu wygrzebuje, a i to nie jest pewne.
Oczywiście wzrost Chin jest wciąż względny - USA nadal mają trzy razy większą gospodarkę, ich przewaga technologiczna i militarna jest ogromna. Ale wizerunkowo w 2009 roku wygląda to tak, że
Ameryka zstępuje, Chiny wstępują. To nie jest wina Obamy, raczej jego poprzedników. I wynik tego, że ponadmiliardowy kraj, wyrwany z oparów krwawego absurdu Mao na ścieżkę rozwoju, po prostu musi coraz więcej w świecie ważyć.
Pytanie - jak ważyć. Tego samego dnia, gdy Obama wpatrywał się bez wzajemności w Hu, byłem na waszyngtońskiej premierze książki "Kiedy Chiny będą rządzić światem" Martina Jacquesa. Ten Brytyjczyk jest zafascynowany Chinami, wierzy w ich dynamizm i to, że za mniej niż 20 lat będą pierwszą gospodarką świata. Ale przede wszystkim mówi, że wzrost znaczenia Chin nie będzie tylko gospodarczy - a przede wszystkim polityczny i cywilizacyjny. Że wyznaczy koniec świata, jaki znamy od ponad 200 lat, świata zdominowanego przez Zachód.
Najciekawsza była reakcja sali, na której siedzieli liczni luminarze amerykańskiej myśli strategicznej z lewa i prawa, na czele z Robertem Kaganem, autorem sławnej analizy o Europejczykach z Wenus i Amerykanach z Marsa. Niemal wszyscy mówili o proporcjach sił między USA i Chinami, prawie nikt o przepaści idei i wartości.
Tego samego zabrakło Obamie w Pekinie. Smutno patrzeć, gdy prezydent USA pod naciskiem Chińczyków odmawia spotkania z Dalajlamą przed wyjazdem, a w samym Pekinie nie tylko z dysydentami, ale nawet ich prawnikami. A gdy ledwo wspomina o prawach człowieka na "spontanicznym wiecu" ze studentami członkami partii komunistycznej, to Chińczycy i tak tego nie pokazują w telewizji. To gorzej niż smutne, to groźne.
Obama - i rzeczywistość - pomagają Ameryce zrzucić jej nieznośną megalomanię, przekonanie nie tyle nawet o jej wyjątkowości (do tego jest parę dobrych powodów), ale o jej jedyności. Obama rozumie, że słabnąca Ameryka potrzebuje większej współpracy ze światem, że musi skończyć z postawą kowboja - i chwała mu za to. Ameryka i Zachód nie powinny latać ze strzelbą do każdego zakątka świata, krzycząc: "Przyjmijcie nasz, najlepszy system". Ale... Pomińmy okrzyki "nasz", ale nie traćmy wiary, że, owszem, fundamenty cywilizacji Zachodu: demokracja, rządy prawa i wolność jednostki są dla świata najlepszym rozwiązaniem, choćby, jak mawiał stary konserwatysta Churchill, bo nikt nic lepszego nie wymyślił.
Chiny zapewne kiedyś staną się największą potęgą gospodarczą świata. Pytanie - jakie to będą Chiny i jaki świat. Nie udawajmy, że system chiński jest inny, ale równoprawny. Nie jest. Istnieje różnica między paskudnymi błędami Zachodu (np. Abu Ghraib) a systematyczną chińską polityką dyskryminacji mniejszości, wymuszania aborcji, wspierania tyranów w Birmie czy Sudanie. Czy ktoś tak jak potęgi Chin boi się wzrostu siły demokracji - Japonii, Brazylii, Indii?
Zadziwiające, że tę fundamentalną różnicę lepiej rozumie świat niż sama Ameryka. Apel "Washington Post", by Obama nie mówił Chinom, że są prawdziwym partnerem, "dopóki te nie przyjmą wartości demokratycznych", był niemal odosobniony. Ameryka jest dziś krajem zagubionym, niepewnym siebie. Pozbawionym jasnego planu, jak się sama chce reformować i czym w świecie chce być.
Bez wątpliwości ten kryzys Ameryki zaczął się za Busha, i w dużej mierze z powodu jego błędów. Ale Obama przez rok swych rządów nie wskazał Ameryce jasnego kierunku. Nie tylko dlatego, że gospodarka wciąż jest krucha, bezrobocie rośnie, a liczby ocalonych miejsc pracy, które Obama ogłasza jako sukces swego planu, okazują się wzięte z sufitu. Dziwne jest, że polityk, który w marcu 2008 roku wzywał Busha, by ten więcej robił dla masakrowanych Tybetańczyków, dziś, u władzy, robi dla nich jeszcze mniej. Że przywódca, który Afganistan nazywał "słuszną wojną", dziś nazywa ją "okupacją" (ciekawe, co na to np. tysiące afgańskich dziewcząt, które dzięki tej "okupacji" po raz pierwszy w życiu poszły do szkoły) i opracowuje koncepcję afgańską ponad 10 miesięcy, choć od trzech ma jasne rekomendacje generałów.
Na uroczystości 20. rocznicy zburzenia muru berlińskiego Obama nie przyjechał. Ale w nagranym na tę okazję przemówieniu wezwał do walki z "nadal istniejącymi murami tyranii" w świecie. Czy mówił to na serio, czy na odczepne, co sugerowałby Pekin?
Churchill, miłośnik wolności i Zachodu, ale i realista rozumiejący, że jego kraj jest wyczerpany, skapitulował w Jałcie przed tyranem Stalinem. Ale zaraz zaczął z tym tyranem walczyć, wygłaszając wielką mowę o żelaznej kurtynie nad Europą i współtworząc koncepcję NATO. Co chce dziś robić Obama? Nie wiem.
Być może, oby, koncepcja powolnego kładzenia dyplomatycznych "fundamentów zaufania" w kontaktach z Rosją czy Kubą przyniesie kiedyś efekty. Ale na razie z każdym mijającym miesiącem Obama ma coraz mniejsze szanse, by wypełnić stworzony przez Busha deficyt przywództwa - i w kraju, i w świecie. Z drugiej, prawicowej strony sporu politycznego w USA, również brak planu dla Ameryki. Dominują prostackie ataki na Obamę, jak ten z ostatnich dni: że w podróży po Azji najgorszy był zbyt głęboki pokłon Obamy przed cesarzem Japonii, który rzekomo "upokorzył Amerykę". Zamiast programu konserwatyści mają naiwne przekonanie, że wystarczy powtórzyć politykę Reagana, by wszystko było cacy.
Nie byłoby. Świat się zmienił. A Ameryce, wciąż najważniejszemu krajowi świata i oficjalnie przynajmniej przywódcy świata wolnego, brakuje nie kilku procent PKB, ale koncepcji. Więcej - tożsamości. Kryzys tożsamości jest groźny dla każdego państwa. Dla mocarstw, jeśli go nie pokonają, z reguły bywa śmiertelny.
I to jest najważniejszy wniosek z kiczowatego obrazka z Pekinu.