Ograniczenia dotkną 175 członków zarządów i wysokich menedżerów siedmiu firm: Citigroup,
Bank of America, AIG, General Motors, GMAC, Chrysler i Chrysler Financial. Ich
pensje zostaną ścięte średnio o 90 proc., a premie wypłacane głównie w opcjach na akcje - o blisko jedną trzecią. W sumie ich dochody zmniejszą się o połowę. Restrykcje objęły firmy, które pod koniec ubiegłego i na początku tego roku dostały - po to, by nie upadły - w sumie setki miliardów dolarów pomocy państwa, które wykupiło znaczące pakiety ich akcji. Banki, które zdążyły już spłacić pomoc państwa (np. JP Morgan), nie zostały objęte ograniczeniami dochodów.
- To szok - powiedział "The Wall Street Journal" członek zarządu jednej z zainteresowanych spółek. Inni podkreślali, że nie spodziewali się, że "cięcia będą aż tak duże". - To nie jest zdrowe - powiedział "Politico" Camden Fine, prezes Niezależnej Społeczności Bankowców w Ameryce. - Takie decyzje powinny podejmować rady nadzorcze, a nie rząd. Z kolei dyrektor biura centrali związków zawodowych AFL-CIO Dan Pedrotty powiedział: - Pochwalamy decyzję rządu, by ci, którzy spowodowali krach gospodarczy, zaczęli wreszcie odczuwać jego skutki. Ludzie mają dość tego, że dla Wall Street obowiązywały inne reguły.
Część komentatorów w
USA uważa, że decyzja rządu Obamy to "czysty populizm", a nawet, że element rozgrywki z Wall Street, by sektor finansowy pogodził się z ostrzejszymi regułami kontroli przygotowywanymi przez rząd. Inni mówią, że szefowie firm uratowanych przez rząd musieli się z czymś takim liczyć.
To wszystko nie oznacza, że bankowcy oraz menedżerowie GM i Chryslera nagle zbiednieją. Owszem, nikt z nich nie będzie mógł dostać więcej niż 500 tys. dol. pensji rocznie, a to jak na warunki wielkich firm w USA jest mało. Jednak premie nadal pozostaną sowite, choć mniejsze niż gigantyczne stawki rynkowe. Np. nowy, zatrudniony w sierpniu szef AIG Robert Benmosche dostanie, jeśli wypełni postawione przed nim zadania, 10 mln dolarów w premiach i opcjach na akcje, jeśli nie wypełni - 7 mln.