http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzecz o wojnie. Z Coca-Colą

Marcin Bosacki, Waszyngton
2009-10-11, ostatnia aktualizacja 2009-10-11 19:04

Felieton Marcina Bosackiego

Kompleks Coca-Coli w Atlancie
Fot. Ric Feld / AP
Kompleks Coca-Coli w Atlancie
Dziś ani słowa o Noblu dla Obamy - w tych felietonach piszę o rzeczach choć trochę poważnych, np. o wojnie. Np. o amerykańskiej wojnie o podatki od coca-coli.

Wprowadzenia państwowego podatku od coli i innych napojów słodzonych chce wiele organizacji ochrony zdrowia. Zebrano już setki tysięcy podpisów pod apelem do prezydenta Obamy w tej sprawie. W jego administracji są zwolennicy tego pomysłu - w tym mianowany trzy miesiące temu nowy szef rządowego Centrum Zapobiegania Chorobom. Sam Obama uznał, że "to pomysł wart rozważenia".

Chodzi o to, jaki wpływ napoje słodzone mają na otyłość Amerykanów. To, że Amerykanie są grubi, wiadomo. Co czwarty z nich (w tym aż co trzecie dziecko) jest chorobliwie otyły. Kolejne 40 proc. ma nadwagę.

Przeciętny Amerykanin aż 16 proc. kalorii konsumuje w formie cukrów, które producenci dodają do jedzenia, z czego połowę - do napojów. Wszyscy wiemy, że Amerykanie piją na potęgę colę, pepsi, słodzone napoje owocowe czy mrożoną herbatę. W każdej puszce coli jest dziesięć łyżeczek cukru. Są Amerykanie, którzy w samych napojach przyjmują codziennie 1000 kalorii.

Wystarczy więc opodatkować colę i problem grubej Ameryki zniknie, prawda? Nie, nie jest to takie proste.

W ostatniej dekadzie sprzedaż napojów słodzonych spadła w USA o jedną dziesiątą. Tymczasem liczba ludzi grubych i z nadwagą nie spada, tylko dramatycznie rośnie. W 49 na 50 stanów USA (chlubnym wyjątkiem jest górskie Kolorado) otyły jest co najmniej co piąty obywatel - w 1991 r. nie było ani jednego takiego stanu. Do najgrubszych dziesięciu stanów nadal należą Wirginia Zachodnia i Arkansas - gdzie już jakiś czas temu wprowadzono stanowy podatek od napojów gazowanych.

Trzy dni temu prezes Coca-Coli Muhtar Kent napisał w "Wall Street Journal" artykuł przeciwko podatkowi. Argumentował - słusznie - że jeśli chce się nałożyć podatek na jego biznes, to dlaczego nie na producentów czipsów, batonów czy deserów, które są bombami kalorycznymi. Ale jego wniosek - "Amerykanie potrzebują nie więcej podatków, ale więcej się ruszać" - jest prawdziwy tylko w części.

Oczywiście, 60 proc. Amerykanów nie uprawia sportu w ogóle. Ale podatek od coli może zmusić część obywateli nie tylko do kupowania mniejszej ilości napojów (bo będą droższe), ale w ogóle do uświadomienia sobie, że świństwa jedzone i pite w ogromnych ilościach szkodzą. Tak, jak było to w wypadku papierosów.

Wielu przeciwników podatku i obrońców amerykańskich wolności mówi w tej debacie, że "nic państwu do tego, co jem: jak jestem gruby, to moja sprawa". Nieprawda. Ogromna część amerykańskich rozdętych wydatków na zdrowie wynika z chorób wywołanych otyłością. I dotykają one głównie tych, których ubezpieczenia zdrowotne nie są prywatne, tylko publiczne - najbiedniejszych i emerytów.

Idący dziś na emeryturę (czyli przechodzący na publiczną opiekę zdrowotną) Amerykanie są grubi dwa razy częściej niż emeryci 30 lat temu. Ponad 20 mln Amerykanów to cukrzycy, prawie 60 mln ma stan przedcukrzycowy. I w większości za ich leczenie płaci publiczna służba zdrowia.

15 centów podatku na puszce coli może być kroczkiem w dobrym kierunku. Ale tylko kroczkiem. Tak naprawdę zmienić się muszą nawyki dużej części społeczeństwa amerykańskiego. Zmiany są, widać je w sklepach spożywczych i w knajpach - coraz więcej je się sałat, więcej pije napojów dietetycznych czy niesłodzonych w ogóle.

Ale te zmiany są powolne. Nadal większość amerykańskich matek i ojców zamiast zrobić dziecku do szkoły kanapkę i sałatkę, wrzuca mu przemysłowy zestaw lunchowy: bułka z czekoladą, czipsy i cola. Standardowe przygotowanie kolacji to wyćwiczony ruch: zamrażarka - mikrofala - talerz. W drużynie futbolowej mojego syna dzieciaki po meczu dostają w nagrodę tuczące czipsy. Przeciętny Amerykanin jedną szóstą swego życia spędza przed telewizorem.

Obrona takiego stylu życia nie jest obroną amerykańskich wolności, tylko obroną amerykańskiego lenistwa, umysłowego głównie. Dopóki to się nie zmieni, Amerykanie pozostaną obok Brytyjczyków największymi grubasami świata Zachodu.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':