http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Traktujemy Amerykanów poważnie

Zbigniew Lewicki
2008-01-21, ostatnia aktualizacja 2008-01-20 14:14

Klasyczna amerykańska anegdota mówi, że na pytanie: "Jak się negocjuje z półtonowym gorylem?" prawidłowa odpowiedź brzmi: "Bardzo, bardzo ostrożnie". USA są niewątpliwie półtonowym gorylem, który nawet bez złej woli może zgnieść swego rozmówcę - pisze Zbigniew Lewicki*

Trudno było zachwycać się godnościową polityką zagraniczną poprzedniej ekipy, drażniącą sojuszników, irytującą sąsiadów, ze złośliwą satysfakcją wytykaną przez wrogów. Tym bardziej chciałoby się wierzyć, że do tej delikatnej sfery powróci rozsądek. Niestety - "amicus Plato, sed magis amica veritas". Przyjacielem mi Platon, ale większym przyjacielem prawda.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że pozując na twardego szeryfa i strzelając z biodra, jesteśmy na najlepszej drodze do wyrządzenia sobie poważnej szkody w stosunkach z państwem, na którym powinno nam szczególnie zależeć.

W piątek 16 listopada zaprzysiężony został rząd premiera Donalda Tuska, a już w poniedziałek 19 listopada ukazał się, udzielony oczywiście wcześniej, wywiad z ministrem obrony Bogdanem Klichem informujący o bezzwłocznym wyjściu polskich wojsk z Iraku. Minister tłumaczył wprawdzie później, że decyzja ta była wcześniej przekazana stronie amerykańskiej, a nawet przez nią zaakceptowana - ale kiedy mogło to się wydarzyć? W trakcie gratulacyjnej rozmowy telefonicznej z sekretarzem obrony Robertem Gatesem? Bo innej okazji nie było.

Rzecz nie w tym, czy wychodzimy za miesiąc, czy za rok, ale w tym, że polityczna przyzwoitość, i zdrowy rozsądek nakazują odbyć w takich sprawach konsultacje sojusznicze, nawet jeśli ich rezultat jest wiadomy. A przecież gdyby takie uzgodnienia w listopadzie były, to po co minister Klich informowałby, że w trakcie ostatniej wizyty w Waszyngtonie przedstawił w Pentagonie i Departamencie Stanu polskie stanowisko w tej sprawie?

Można powiedzieć: było, minęło. W ogólnej euforii można było wybaczyć różne gafy, ale pod warunkiem że szybko przeprowadzono by poważną analizę naszych relacji z USA i wypracowano by polskie stanowisko w stosunkach z najpoważniejszym naszym partnerem. Zamiast tego jednak kolejny raz poszliśmy na żywioł i zgotowaliśmy sobie bardzo przykrą sytuację.

Minister obrony pojechał do Waszyngtonu na misję trudniejszą, niż myślał. Tak istotne wizyty powinny być starannie przygotowane przez ambasadora, najlepiej szanowanego przez gospodarzy i mającego świetne osobiste kontakty w rządzie. Zadaniem takiego dyplomaty jest odbycie wcześniej wielu delikatnych rozmów, wybadanie reakcji na takie czy inne propozycje, a nawet utemperowanie, jeśli potrzeba, nierealistycznych oczekiwań gościa.

Rzeczpospolita miała po 1989 r. w Waszyngtonie znakomitych przedstawicieli, którzy bezbłędnie wykonaliby taką pracę. Z winy jednak poprzedniej ekipy reprezentuje nas teraz nie zaznajomiony z waszyngtońskimi korytarzami władzy ambasador, lecz sympatyczny urzędnik, niemający jednak żadnego przełożenia na amerykańskie kręgi decyzyjne. I dlatego nie było komu ostrzec ministra, że wchodzi na minę.

Jeżeli wielkie mocarstwo zgłasza się do swego partnera o pomoc, ma prawo liczyć na życzliwość. Jeżeli ów sojusznik ma również sprawy, na których mu zależy, powinien je przedstawić nie w formule targu, lecz z pewną finezją, przy okazji: to elementarz dyplomacji.

Tymczasem u nas politykę godnościową zastąpiła bliźniacza koncepcja twardości: skoro nasz sojusznik jest w potrzebie, to trzeba go docisnąć do ściany, żeby jak najwięcej ugrać dla siebie. Ale efektem końcowym jest wówczas nie twardość, lecz żenująca chytrość. Już nawet Czesi strofowali nas, że o pewne kwestie nie wypada się targować.

Ledwo polski minister obrony wyszedł z Pentagonu, a już usłyszeliśmy, jak to postawił do pionu swoich rozmówców. Amerykanie czegoś od nas chcieli, ale już my ich nauczyliśmy, że Polska pomaga sojusznikom tylko wtedy, jeśli coś z tego ma. Tacy jesteśmy twardzi!

Otóż jeżeli półtonowy goryl czegoś nie lubi, to zwłaszcza tego, że ktoś mu na jego terytorium gra na nosie. I rzecznik Pentagonu, przecież nie z własnej inicjatywy, uznał za stosowne publicznie poinformować, że rozmowy były "szczere, ale produktywne". Czyli mówiąc wprost, nie dały nic.

Co gorsza, rzecznik wyraźnie stwierdził, że Polska wprawdzie nadal nie potrafi wypracować stanowiska w sprawie tarczy antyrakietowej, ale za to potrafi "położyć na stole rozmaite żądania", od których Pentagon się bardzo wyraźnie dystansuje. Wreszcie uznał za potrzebne przypomnieć, że Polska otrzymała już znaczną pomoc wojskową z USA, że tarcza ma chronić Europę i że kwestia ta została wyraźnie ustalona na szczycie NATO w 2006 r.

Innymi słowy: Polska ciągle się tylko czegoś domaga, nie rozumie natomiast, co znaczą zobowiązania sojusznicze. Można zapewne dyskutować o szczegółach tej wypowiedzi, ale fakt pozostaje faktem: to był bodaj najbardziej upokarzający moment w stosunkach polsko-amerykańskich po 1989 r. I wypowiedzi tej, z pewnością ustalonej z kierownictwem Pentagonu, nie zrównoważą pochwały stanowczości polskiego ministra wyrażane publicznie przez jego doradców.

Nic jeszcze nie jest przesądzone. Możemy odrzucić amerykańską propozycję tarczy (przy okazji, oczywiście, wystawiając do wiatru Czechów). Ale nie możemy kierować się emocjami ani uzależniać naszej decyzji od przewidywania wyniku wyborów w USA.

A przede wszystkim spróbujmy nic już więcej nie psuć. To będzie już wystarczająco trudne, choćby w świetle tego, że dzięki poprzedniej ekipie wysyłamy do Waszyngtonu jako naszego ambasadora kolejnego urzędnika: bardzo sympatycznego, niezwykle kompetentnego w kwestiach NATO i zupełnie nieznającego ani Ameryki, ani Waszyngtonu.

Półtonowe goryle mają prawo oczekiwać poważnego traktowania.

*Zbigniew Lewicki jest amerykanistą na Uniwersytecie Warszawskim

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 23 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kto się wstydzi krzyża?

Pewnej nocy ktoś wywiercił dziury i przykręcił krzyże katolickie. A kolejnej ktoś ukradł krzyż prawosławny... Matka sołtysa wpada do izby i krzyczy: - LEPIEJ NIC IM NIE GADAĆ!

Grammy żegna W. Houston

Dziś w nocy po raz 54. rozdane zostaną muzyczne odpowiedniki Oskarów. Twórcy widowiska chcą oddać specjalny hołd zmarłej w sobotę Whitney Houston