Zarówno Rasmussen, jak i sekretarz stanu
USA Leon Panetta przekonywali wczoraj, że to kolejny etap planu zatwierdzonego na lizbońskim szczycie NATO z 2010 r., który przewiduje oddanie Afgańczykom pełnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo ich kraju do końca 2014 r.
Jednak podana wczoraj data była zaskoczeniem dla części ekspertów. - Rozumiem wymagania kampanii wyborczej prezydenta Baracka Obamy, ale deklaracja o szybkim zakończeniu działań bojowych USA bardzo wzmocni talibów - komentował Michael Clarke, szef brytyjskiego Royal United Services Institute.
Panetta już na kilka godzin przed spotkaniem ministrów NATO w Brukseli precyzował, że wojska Sojuszu od połowy 2013 r. powinny stopniowo wycofywać się z pełnienia funkcji bojowej, by zakończyć ją z końcem 2013 r. - To nie oznacza, że nie zachowamy gotowości do walki - zastrzegał Panetta.
Sojusznicze siły powinny wtedy zająć się - to słowa Rasmussena - działaniami "wspierającymi" lub - jak mówił Panetta - "pomocniczymi i doradczymi". Kłopot w tym, że w przypadku Afganistanu to bardzo rozciągliwe pojęcia i często trudno rozróżnić, co jest działaniem bojowym, a co "wspieraniem" sił afgańskich. Dlatego trudno wykluczyć, że koniec 2013 r. będzie w rzeczywistości wyglądał mniej przełomowo, niż wynikałoby to z wczorajszych deklaracji Rasmussena i Panetty.
Biały Dom już wcześniej ogłosił, że zredukuje swe wojska w Afganistanie z 91 do 68 tys. we wrześniu 2012 r. - ponad miesiąc przed wyborami prezydenckimi. Zaktualizowany plan wycofywania się z Afganistanu ma być ostatecznie zatwierdzony na majowym szczycie NATO w
Chicago. Panetta potwierdził wczoraj, że pewna liczba Amerykanów może pozostać w Afganistanie, by pomagać w działaniach antyterrorystycznych.
Także w kontekście trwającej kampanii wyborczej oceniana jest decyzja prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, który w zeszłym tygodniu zapowiedział wycofanie wszystkich francuskich sił bojowych (poza kilkuset szkoleniowcami) już w 2013 r. Sarkozy ogłosił to w dniu śmierci czterech francuskich żołnierzy w Afganistanie.