http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wybory w USA. Romney walczy o głosy wyborców na Florydzie

Mariusz Zawadzki, Miami
2012-01-31, ostatnia aktualizacja 2012-01-30 22:50

Mitt Romney ma ciężki dylemat: żeby zdobyć nominację Republikanów na wybory prezydenckie, musi zrazić do siebie Latynosów. Ale Kubańczykom na Florydzie podobają się jego obietnice naprawy gospodarki.

Mitt Romney w New Hampshire
Fot. BRIAN SNYDER REUTERS
Mitt Romney w New Hampshire
- Mój tata nie mówi po hiszpańsku, ale za to świetnie posługuje się językiem ekonomii! Dlatego jest najlepszym człowiekiem, żeby zastąpić beznadziejnego Obamę! - mówi po hiszpańsku Craig Romney, wywołując entuzjazm tłumu.

Około 200 osób zebrało się w niedzielę wieczorem przed restauracją Casa Martin w kubańskiej dzielnicy Miami, żeby zobaczyć "tatę", czyli Mitta Romneya, republikańskiego kandydata na prezydenta. Na razie stoi na podium obok najmłodszego z pięciu synów i tylko się uśmiecha. Woli nie próbować szczęścia po hiszpańsku, bo cztery lata temu, gdy również kandydował, zakończyło się to niefortunnie. Na jednym z wieców wydukał w tym języku patriotyczne zdanie - jak mu potem uświadomiono, był to fragment pieśni kubańskiej rewolucji pod przewodem Fidela Castro. Tutaj, w Hialeah na przedmieściach Miami, gdzie uchodźcy z komunistycznej Kuby stanowią dwie trzecie mieszkańców, Fidel jest publicznym wrogiem numer jeden.

Już we wtorek na Florydzie odbędą się prawybory, czwarte w kolejności, które - jak zapowiadają znawcy amerykańskiej polityki - mogą przesądzić o losach wyścigu. Pierwsze, w Iowa, wygrał senator Rick Santorum, drugie, w New Hampshire - faworyzowany multimilioner Romney, trzecie, w Karolinie Południowej - były przewodniczący Izby Reprezentantów Newt Gingrich. Teraz klincz zostanie przerwany, bo któryś z nich wygra po raz drugi. Latynosi, którzy stanowią jedną czwartą mieszkańców Florydy, będą mieli w tej sprawie wiele do powiedzenia.

- Nie będę tolerował dyktatorów ani grzecznie zachęcał ich jak Obama, żeby się zmienili! Koniec pobłażania dla braci Castro, Chaveza w Wenezueli, Moralesa w Boliwii! Ludziom, którzy są do gruntu źli, nie należy dawać prezentów, ponieważ nigdy nie odpłacają dobrym za dobro! - wykrzykuje kandydat przed Casa Martin. I to również wywołuje owację. Atmosfera wiecu jest żywsza niż w poprzednich stanach, bo Latynosów potrafi porwać nawet nieco niemrawy Romney.

Kandydat zarzuca Obamie, że wyciągnął rękę do braci Castro i złagodził embargo, które Ameryka narzuciła wyspie. Amerykanie pochodzenia kubańskiego mogą już oficjalnie lecieć do Hawany, a nie na około przez Meksyk (jako obywatele USA mieli zakaz odwiedzania Kuby). - Nie polecę tam, dopóki trwa dyktatura - mówi mi Lourdes Rivera, lekarka, która żyje w Miami od początku lat 80. - Wiza kosztuje 2,5 tys. dol. Nie będę finansować Fidela, który wsadził do więzienia i niemal zabił mojego ojca!

- Obama zrobił duży błąd, łagodząc embargo - dodaje Laura Perez, rówieśniczka Rivery. Nie wierzy w liberalizację, którą wprowadza na Kubie Raul Castro, brat chorego Fidela. - Przeciwnie, należy zaostrzyć embargo. Relacje amerykańsko-kubańskie to jeden wielki przekręt, który umożliwia kubańskiemu reżimowi istnienie. Castro zgodził się, byśmy my - 2 mln Kubańczyków na Florydzie - wysyłali tam paczki. Dzięki temu może łupić swój naród do woli, ponieważ utrzymujemy jego poddanych. To naprawdę diabelski układ, bo prawie każdy na Kubie ma kogoś na Florydzie. Dzięki naszym paczkom im nie żyje się jeszcze tak strasznie, dlatego nie zdecydowali się na rewolucję jak zdesperowani Arabowie!

Pani Perez pracuje w urzędzie pracy i przyszła na wiec razem z córką Lisette, urodziwą i bystrą dwudziestoparolatką, która mimo swoich przymiotów od miesięcy pracuje jako recepcjonistka. - Nie mogę dla niej znaleźć lepszej pracy. Nie mamy żadnych ofert - żali się Laura. - Czas podziękować Obamie, który zmarnował cztery lata!

W 2008 r. głosowało nań prawie 70 proc. Latynosów żyjących w USA. Oni, obok czarnych, przesądzili o wyraźnym zwycięstwie obecnego prezydenta.

- Romney jest specjalistą od sytuacji kryzysowych. Jako menedżer ratował firmy na skraju bankructwa. Uratował też zimowe igrzyska, którym groziła klapa - mówi Lisette. - To najlepszy człowiek do wyciągnięcia Ameryki z kryzysu!

Kandydat jakby czytał w myślach Lisette i jej matki - większą część przemówienia poświęca gospodarce. I to się podoba tłumowi nawet bardziej niż pogróżki pod adresem braci Castro. Gdyby sądzić na podstawie wiecu w Hialeah, Romney mógłby być spokojny nie tylko o wtorkowe prawybory, ale i o listopadowy pojedynek z Obamą.

Jednakże ogólnokrajowe sondaże wskazują, że mimo rozczarowania Obamą dwie trzecie Latynosów wciąż zamierza nań głosować. Kubańczycy z Miami są w specyficznej sytuacji - każdy, kto postawi stopę na lądzie, dostaje azyl. Wszyscy są w USA legalnie, w odróżnieniu od milionów, które dotarły tu nielegalnie przez Meksyk albo udając turystów. Dla nich Romney nie ma nic dobrego w ofercie. W telewizyjnych debatach podkreśla, ze nielegalni imigranci nie będą tolerowani. Jego zdaniem należy uszczelnić system - pracodawcy muszą być karani za ich zatrudnianie i należy sprawdzać każdego nowego pracownika. - Kiedy nielegalni nie znajdą pracy, sami wyjadą z Ameryki - wyjaśniał Romney w zeszłym tygodniu. - Nie trzeba będzie siłą deportować milionów nielegalnych, deportują się sami!

Romney musi tak mówić bez względu na to, co prywatnie sądzi, by zdobyć przychylność najbardziej konserwatywnych republikanów, którym wydaje się zbyt umiarkowany. Znalazł się w paradoksalnej sytuacji - chcąc wygrać prawybory, zraża do siebie Latynosów, czyli sam siebie podkopuje przed jesiennym starciem z Obamą.

Jeb Bush, brat poprzedniego prezydenta i były gubernator Florydy, alarmuje w "Washington Post", że Partia Republikańska musi zmienić retorykę i politykę wobec Latynosów, przestać kojarzyć się jako represyjna i antyimigracyjna. Oni już stanowią 16 proc. wyborców w USA, a w 2050 r. będą jedną trzecią. Bez nich nie wygra się żadnych wyborów. "Musimy przyznać, że nowi Amerykanie napędzają naszą gospodarkę. Że Republikanie wierzą nie tylko w wolny rynek, ale i w swobodniejszy przepływ talentów przez granicę" - proponuje Bush.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':