http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Premier mści się na dziennikarzach

Lubosz Palata*
2008-04-12, ostatnia aktualizacja 2008-04-11 20:14

Premier Słowacji Robert Fico doprowadził do przyjęcia nowego prawa prasowego, które stanowi zagrożenie dla wolności słowa w tym kraju

Jarosław Kaczyński i Robert Fico, skrajnie populistyczny premier Słowacji, autor słynnego powiedzenia '' prywatyzacja, globalizacja i liberalizm są jak Holocaust''
Fot. Kuba Atys / AGENCJA GAZETA
Jarosław Kaczyński i Robert Fico, skrajnie populistyczny premier Słowacji...


W ostatnich 20 latach bycie dziennikarzem na Słowacji oznaczało coś więcej niż tylko pisanie do gazet. W latach 90., pod rządami premiera Vladimira Mecziara, Słowacja upodabniała się jeśli nie do Białorusi pod władzą Łukaszenki, Rosji Putina czy Jugosławii Miloszevicia, to z pewnością do Ukrainy pod rządami Kuczmy. W owych czasach trzeba było dokonać wyboru - czy chce się być dziennikarzem, który sprzeciwia się przekształcaniu Słowacji z kraju demokratycznego w mafijną półdyktaturę, czy też przejść na "ciemną stronę mocy" i uprawiać nie tyle dziennikarstwo, ile propagandę, jak w czasach komunistycznych.

W tych trudnych latach 1992-98 egzamin zdała tylko część słowackich dziennikarzy. Do dziś w środowisku wszyscy wiedzą, kto i jak się wtedy zachowywał, co pisał.

My w Czechach bardzo zazdrościliśmy tych lat 90. naszym słowackim kolegom dziennikarzom. Dla nich rzeczywistość była jednoznaczna - po jednej stronie Mecziar i jego ludzie, po drugiej opozycja starająca się zwrócić Słowację ku "jasnej stronie mocy". Z czasem okazało się, że - jak to zwykle w życiu bywa - linia podziału nie do końca była taka prosta.

Mecziar szybko uświadomił sobie, że większość dziennikarzy mu nie sprzyja. Przestał więc z nimi rozmawiać, nie zwoływał konferencji prasowych po posiedzeniach rządu, a nieposłuszne gazety zaczął prześladować. W 1997 r. słowackie dzienniki ukazały się z pustą pierwszą stroną - w proteście przeciw nagłemu zwiększeniu podatków, co w intencji rządu Mecziara miało doprowadzić do ekonomicznego zrujnowania gazet. Dziennikarzy, którzy najbardziej przeszkadzali, czasem ktoś - prawdopodobnie ludzie wynajęci przez tajne służby - pobił, czasem podpalił im samochód. Dziennikarskiego informatora Roberta Remiásza, agenta słowackich tajnych służb zeznającego w najbardziej mrocznej sprawie rządu Mecziara - porwania syna prezydenta Michala Kovácza - tajne służby zamordowały w 1990 r. Koledzy z Radia Wolna Europa w swym bratysławskim oddziale mieli wówczas drzwi pancerne. I wcale nie chodziło o ochronę przed złodziejami.

Ostatecznie jednak Mecziar, pomimo wszystkich nacisków, nie docenił mediów. Pozwolił, aby na Słowacji obok telewizji państwowej powstała prywatna stacja Markiza. Ta, wsparta kapitałem amerykańskim, przyciągnęła większość słowackich widzów. Markizie, gazetom, a także organizacjom obywatelskim - w owym czasie mocnym i pełnym entuzjazmu - udało się obudzić Słowację. W 1998 r. pewny siebie Mecziar przegrał wybory. Zwyciężyli dziennikarze.



Paranoik Fico

Historia nigdy się nie powtarza. Dziś więc na Słowacji nie mamy powtórki z lat 90., choć koalicję rządzącą z premierem Robertem Fico tworzą Mecziar i jego prawa ręka, szef nacjonalistów Ján Slota, a Ivan Gaszparovicz, marszałek parlamentu w czasach Mecziara, jest prezydentem Słowacji.

Przegłosowane w tym tygodniu przez słowacki parlament prawo prasowe to więcej niż próba zastraszenia dziennikarzy. To złośliwa zemsta premiera Fico i jego rządu. Najbardziej złowrogi jest paragraf przyznający niczym nieograniczone prawo do sprostowania - nawet wtedy, gdy opublikowana informacja była prawdziwa. Zgodnie z ustawą sprostowanie powinno być umieszczone w tym samym miejscu, wydrukowane tą samą czcionką i składać się z takiej samej liczby znaków jak pierwotna wiadomość. Sankcje za nieopublikowanie sprostowania są dość bolesne - 150 tys. słowackich koron, czyli prawie 5 tys. euro.

Jeśli ustawa wejdzie w życie, słowackie gazety bardzo szybko zmienią się w niekończący się zbiór replik i replik na repliki, które prywatni wydawcy będą musieli drukować i jeszcze za to płacić. Niektórzy słowaccy dziennikarze - np. mój przyjaciel Martin Hanus z czasopisma "Tyzden" - pocieszają się, że politycy nie będą korzystać z tego prawa, gdyż w ten sposób ośmieszyliby się przed opinią publiczną i wyborcami. Ja jednak nie jestem takim optymistą.

Słowaccy dziennikarze - obok rozbitej opozycji skupionej wokół byłego premiera Mikulasza Dzurindy - stali się głównymi krytykami nacjonalistyczno-socjalistycznego rządu Fico. Premier jednak - dzięki reformom gospodarczym poprzedniego gabinetu, ogromnemu napływowi kapitału zagranicznego i pieniądzom z UE - może bez problemu kupować głosy obywateli. Populistyczny rząd Fico może więc rozdawać różne dobra, a równocześnie wypełniać kryteria konieczne do wprowadzenia euro w 2009 r., stając się w ten sposób środkowoeuropejskim prymusem.

Jednak słowackie gazety i dziennikarze, zamiast chwalić sukcesy rządu, publikują skandaliczne odkrycia - a to o umowie na miliard koron za sprzątanie kasyn, a to o oszukańczym handlu państwowymi gruntami w sercu Wysokich Tatr, a to o obsadzaniu stanowisk w radach nadzorczych firm państwowych przedsiębiorcami, którzy sponsorowali kampanię wyborczą partii będących dziś u władzy. Słowacki rząd ma jednak inne wyobrażenie o pracy dziennikarzy. "Nie można zgadzać się na sytuację, w której gazety nie publikują ważnych informacji" - tak Fico wyobraża sobie rolę mediów w państwie demokratycznym.

Na dodatek premier zachowuje się w stosunku do dziennikarzy wręcz paranoicznie. Nie udziela wywiadów, z reguły nie zabiera przedstawicieli mediów w podróże zagraniczne, występuje tylko w posłusznych mediach państwowych. Nie bierze udziału w debatach telewizyjnych, w których musiałby stawić czoła opozycji, zaś dziennikarzy wciąż oskarża o to, że są opłacani - a to przez fundusze emerytalne, a to korporacje międzynarodowe, a to przez samych wydawców. W przypadku takiego polityka trudno być optymistą i wierzyć, że nie wykorzysta nowego prawa prasowego. Zwłaszcza w sytuacji, gdy nie będzie tak popularny jak dziś, gdy jego partia Smer cieszy się poparciem 40 proc. obywateli.



Niech zagrzmi Unia

Zdesperowana opozycja słowacka starała się zmusić rząd do zmiany prawa prasowego, blokując przez długie tygodnie ratyfikację traktatu lizbońskiego. Do uzyskania potrzebnych ustawowo dwóch trzecich głosów koalicja rządząca potrzebowała kilku głosów opozycji. Jednak Fico, który postanowił przeforsować prawo prasowe za wszelką cenę, ogłosił, że nie pozwoli się szantażować: "Prawo prasowe będzie uchwalone bez zmian. A jeśli traktat lizboński nie zostanie ratyfikowany przez parlament - cóż, przykro mi".

Jak powiedział, tak zrobił. Prawo prasowe zostało uchwalone w środę, a już w czwartek odbyło się głosowanie nad traktatem lizbońskim. Dzięki głosom opozycyjnej Partii Koalicji Węgierskiej (SMK), której puściły nerwy, traktat - pomimo bojkotu reszty opozycji - został przyjęty.

Fico nie był szantażowany traktatem, przeciwnie - to on zadbał o milczenie Brukseli w sprawie nowego prawa prasowego. Dziś, gdy Bruksela nie jest już szantażowana, przyszedł najwyższy czas, by ze strony UE zagrzmiał głos w obronie wolności słowa na Słowacji. Ta wolność - jedna z podstawowych gwarancji demokracji - jest dziś na Słowacji zagrożona. Jeśli okaże się, że w tej sprawie Bruksela nie jest w stanie wywrzeć nacisku na rząd kraju członkowskiego, trzeba będzie zadać sobie pytanie: Czy taka Unia ma w ogóle sens?

przeł. Renata Rusin-Dybalska

*Lubosz Palata - redaktor czeskiego dziennika "Lidové Noviny", były zastępca redaktora naczelnego słowackiego dziennika "Pravda"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':